Skip to main content

Na pytanie: gdzie zaczyna się szlak pielgrzymkowy do Santiago de Compostela, większość z Was odpowie: Sain-Jean-Pied-du-Port, we francuskich Pirenejach! Tam przecież zaczyna się wędrówkę do grobu świętego Jakuba! No dobrze, tak przynajmniej odpowie ten, kto do Santiago szedł lub o tym mieście słyszał. Nie mogę przecież zakładać, że każdy z czytających zna świetnie szlak Camino.

Większość pielgrzymów zaczyna więc wędrówkę w Sain-Jean-Pied. Skoro tak, szlak musi zaczynać się tam, no nie? A właśnie, że nie! Prawdziwe Camino, to sprzed ponad 1000 lat, ma swój początek zupełnie w innym miejscu. To Le-Puy-en-Velay, miasto na południu Francji, w Langwedocji. To stąd, w roku 951, a więc w czasie, gdy Polska, jako państwo, jeszcze nie istniała, wyruszył pierwszy pielgrzym do Santiago de Compostela, biskup Godescalc. Pierwszy pielgrzym przybywający do grobu świętego Jakuba wyznaczył też szlak prowadzący do dziś, przez tereny Francji i Hiszpanii.

Gdzie więc zaczyna się prawdziwe Camino? W Saint-Jean-Pied, na granicy francusko-hiszpańskiej, gdzie zaczyna drogę większość pielgrzymów? W Irun, gdzie zaczyna się droga północna? W Le Puy? A może u progu domu każdego z nas? Może nie ma na to pytanie odpowiedzi? W końcu każdy z nas zaczyna w innym miejscu i wybiera to miejsce tak, jak dyktują mu możliwości i serce. Ale dla mnie szlak do Santiago stał się drogą pielgrzymki właśnie tutaj, 1600 kilometrów od grobu świętego. Może dlatego, że spotkałem tu pierwszych pielgrzymów idących do tego samego celu. Albo dlatego, że przemówiła do mnie tradycja sprzed 11 wieków. Albo przez uczucia, jakie wzbudziło we mnie dotarcie do tego miejsca. Nie wiem.

Gdzieś we francuskim Masywie Centralnym droga stała się dla mnie nagle łagodniejsza, większość problemów, z jakimi się borykałem, zniknęła. Ostatni deszcz przemoczył mnie na wylot, gdy opuściłem Cluny i wszedłem w góry, potem padało już okazjonalnie i słabo. Minąłem zalane upałem okolice winnic wokół Chardonnay. Po drodze niespodziewanie zdobyłem, moją niezawodną freegańską metodą, jedzenie na kolejnych 5 dni, kwestia braku prowiantu przestała więc nagle istnieć (ktoś wystawił po prostu na ulicę równowartość 70 euro). Znowu mogłem umyć się w strumieniu i przeprać zatęchłe od deszczu ciuchy. Przez kilka dni szedłem przez góry, aż trafiłem do Le Puy-en-Velay.

Trudno mi oddać emocje, jakie towarzyszyły dotarciu do tego miejsca. To właśnie tu mijała połowa drogi przez Francję i tu zmieniałem kierunek na zachodni, już niemal w prostej linii prowadzący nad Atlantyk. To tu miałem po raz pierwszy wejść na „prawdziwy” szlak pielgrzymkowy. I tu miałem spotkać innych ludzi, idących do Santiago. Tak samo, jak ważne jest dla mnie w tej wędrówce każdorazowe przekroczenie granicy, tak ważne stało się dotarcie do średniowiecznego miasta. Miałem poczucie, że zaczynam tu jakiś ważny etap, nie do końca zdając sobie sprawę dlaczego. Długo czekałem na dotarcie tutaj, że gdy to wreszcie nastąpiło, czułem, że dzieje się coś ważnego.

W Le Puy stanąłem wieczorem, po dwóch dniach męczącego marszu kanionem Loary. Na przedmieściach dopadł mnie kolejny deszcz, ale nie szukałem na razie schronienia. Rzuciwszy tylko okiem na most, przy wejściu do miasta, uznałem „OK, tu będzie dobrze, jakbym nic innego nie znalazł”. Coś jednak mówiło mi, że dzisiejszy dzień nie będzie skończony, jeśli nie dotrę do katedry, wspinając się stromymi uliczkami starówki szukałem więc właśnie jej. Stare Le Puy położone jest na zboczu wzgórza, wiele ulic biegnie więc karkołomnie pod górę. Wreszcie odnalazłem cel i jakimś bocznym wejściem wkradłem się do środka.

Są takie chwile, w których klękam na kolana, choć nie jest to wyraz wiary. Zdarza mi się robić tak na wierzchołkach szczytów, po trudnej i wyczerpującej drodze. Czuję wtedy, że muszę jakoś specjalnie podziękować miejscu, do którego trafiłem i które tyle mnie kosztowało oraz górze, która dopuściła mnie do siebie. Tak było i tym razem. Atmosfera miejsca i tygodnie oczekiwania na ten moment sprawiły, że miałem łzy w oczach. Odnalazłem figurę świętego Jakuba i przyklęknąwszy, na chwilę przyłożyłem czoło do małego ołtarza pod kolumną. Opanowało mnie wzruszenie, jakiego nie doznałem od bardzo dawna. Chyba od czasu pożegnania z ojcem Josephem w Eichstätt. Nie dlatego, abym nagle uwierzył, ale dlatego, że w tamtej chwili skupiły się emocje wielu godzin i dni, jakie doprowadziły mnie do tego miejsca.

W środku było pusto, tylko jedna zakonnica kręciła się wokół ołtarza. Na tablicy przeczytałem jednak, że codziennie, o 7 rano, odbywa się tu msza z udziałem pielgrzymów, idących do Santiago. Na zewnątrz deszcz przeszedł w ulewę, po kilku minutach namysłu postanowiłem zostać. Niczym prawdziwy pielgrzym, a może prawdziwy menel, ułożyłem się w cieniu, na głównych schodach katedry i zasnąłem.

O wpół do siódmej obudził mnie miejscowy żebrak, rozkładający swoje stanowisko na schodach obok mnie. Gdy wszedłem do świątyni, nie mogłem uwierzyć oczom: wokół mnie było kilkanaście osób z plecakami! Wszyscy z muszlami św. Jakuba! Mike z Tafheim miał rację – to był lekki szok. Gdy msza zaczęła się, stałem już w gronie co najmniej pięćdziesięciu osób. I wiecie co? Była w tym jakaś moc!

Po francuskojęzycznej liturgii zebraliśmy się pod bocznym ołtarzem z rzeźbą świętego. Ksiądz pobłogosławił wszystkich ruszających w drogę i pokrótce sprawdził nasze narodowości. Zdecydowanie w większości byli Francuzi, przyjechało też trochę Niemców, Holendrów, Belgów, jacyś Anglicy. Na pytanie o inne kraje Europy uniosłem jako jedyny rękę. W całym tłumie wyglądałem trochę egzotycznie. Zciachany plecak i obdarte spodnie wśród fabrycznie nowych sprzętów, zarośnięta i spalona morda, między jeszcze-nie-zmęczonymi. Szczytem egzotyki okazał się jednak jedyny nie-Europejczyk, mężczyzna z Polinezji. Na koniec ksiądz odmówił po łacinie „Salve Regina” i życzył nam dobrej drogi.

Pod ołtarzem św. Jakuba, w katedrze Le Puy, znajduje się niewielka skrzynka, do której wierni mogą wrzucać intencje i prośby. Właściwie dzieje się tu to, co sam robię niemal od początku wędrówki z Polski: ci, którzy idą do Santiago lub gdzieś bliżej na szlaku jakubowym, mogą zabrać zapisane na małych kartkach modlitwy innych. Po mszy wszystkie one zostały wyjęte, niektórzy czytali je, biorąc ze sobą na drogę. Były w różnych językach. Przeczytałem wiele z nich, zabrałem kilka.

I to jest koniec uroczystości, a początek drogi dla wielu z nas. Bezpośrednio z katedry mały tłum, dźwigając plecaki, wyruszył pielgrzymim szlakiem na zachód, poza mury miasta. W ten prosty sposób zaczyna się tu, każdego ranka, droga kilkudziesięciu osób.

Nie wiem czemu myślałem wtedy, że wszyscy oni idą do samego Santiago? Jak się później przekonałem, wiele z nich pokonuje tylko część drogi do granicy hiszpańskiej, rozkładając cała pielgrzymkę na kilka etapów i kilka lat. Pewnie byli jednak i tacy, którzy postanowili pokonać całe 1600 kilometrów do celu.

Le Puy to miasto, w którym poczułem się jak na prawdziwym pielgrzymkowym szlaku. Sklepy pod katedrą sprzedają wyruszającym w drogę okute kije i przewodniki, sklep z owocami morza ma na sprzedaż, za jedyne pół euro, muszle małża przegrzebka, znaki szlaku widać na domach, ulicach i w nazwach barów czy hoteli. Pielgrzymi zaczynają stanowić tu już część, choć cały czas nie większość, miejscowej ekonomii.

Zaczynam więc drogę prawdziwym szlakiem pielgrzymim. Czy jednak prawdziwym? Gdzie jest prawdziwy szlak, a gdzie nie? Gdzie naprawdę się zaczyna? Dla każdego z nas pewnie gdzie indziej, jednak mnie fakt, że jestem na Camino, uderzył najbardziej właśnie tu, w chwili gdy stanąłem w katedrze, w tłumie wyruszającym na szlak.

Join the discussion 9 komentarzy

  • wilan pisze:

    Powodzenia w drodze

  • Monika pisze:

    Gratuluję 🙂 Zaczynasz piękny odcinek camino, na którym pielgrzym czuje się pielgrzymem. Do samej granicy będą Cię niosły „polskie flagi” szlaku GR-65 🙂 Niestety za granicą hiszpańską pielgrzym dostaje „kod kreskowy na czoło” jak zwykłam to mawiać i staje się bezimienną masą (choć spotkać można chlubne wyjątki i miejsca, w których każdy pielgrzym to inne imię i inna historia dla lokalsów).

    Buen camino 🙂

    • A gdzie znaleźć takie miejsca na przykład? Najlepiej na Drodze Północnej?

      • Monika pisze:

        Drogi Północnej nie znam. Ale w tym okresie będzie mniej tłoczna niż hiszpańskie Camino Francés. My szliśmy w zimie, więc pielgrzymów było mało. Miejsca godne polecenia, w których my czuliśmy się dobrze to Puente la Reina, Najera, Sahagun, El Burgo, Manjarin (Thomas, współczesny templariusz – opiekuje się pielgrzymami jak Templariusze w Ziemi świętej w dawnych czasach), Villafranca del Bierzo (u Hato), Monte do Gozo. Tak naprawdę miejsca i ich atmosferę tworzą ludzie, którzy opiekują się w danym czasie albergue, więc to też zależy od tego jak się trafi.

        Za to od Le Puy do granicy możesz chłonąć. Ludzi, atmosferę, widoki, zabytki… Uważaj na pluskwy w gites etape (tych municypalnych). Jeżeli brakuje Ci ojczystego języka to w klasztorze w Conques mieszka polski mnich. My akurat trafiliśmy tam jak był na wyjeździe, ale za to wieczorny koncert w kościele połączony z widowiskiem świetlnym oczarował nawet mojego syna.

        Ogólnie za dużo tego żeby opowiadać. Sam już pewnie wiesz ile przeżyć daje ta Droga. I tak naprawdę to czym idący dzieli się z innymi jest tylko ułamkiem całości 🙂

  • Ola pisze:

    Łukaszu – brawo, znowu zaskakujesz. Przez przypadek parę dni temu sprawdziłam Twoją stronę i stąd wiem gdzie podążasz. My wybieramy się na camino na przełomie września i pażdziernika wiec póki co to chłonę każde słowo. Przypominam, że mieliśmy się spotkać po powrocie z Himalajów…Tym razem (po camino) Ci nie odpuścimy! Trzymamy kciuki i pisz, pisz..
    Ola i Darek

    • Cześć kochani! Nie, nie zapomniałem, a do Polski wracam ostatecznie właśnie w październiku 🙂 To może jakoś wtedy? Do Santiago nie zostało mi co prawda daleko, ale szykuję zaraz potem jeszcze jedną przygodę… Do zobaczenia w takim razie!

  • Mietek pisze:

    Witaj Łukaszu! Dlatego życzymy Ci wytrwałości, zdrowia, siły, pogody i opieki św. Jakuba.
    Trzymamy kciuki. Gdzie aktualnie jesteś i jakie są twoje wrażenia z Francji?
    Powodzenia w Drodze. Buen camino!

  • Waldek pisze:

    Cześć. Jak biegła Twoja trasa Francję do Le-Puy-en-Velay? Gdzie przekraczałeś granicę Francuską? Od strony Szwajcarii czy Niemiec i gdzie dokładnie? Pozdrawiam. Powodzenia.

Leave a Reply