Skip to main content

Pamiętam, jak kilka dni temu, późnym wieczorem, próbowałem wydostać się z małego miasta, gdzieś w okolicach Guerniki. Żółte strzałki, jak na złość zniknęły, chodziłem więc tam i z powrotem wzdłuż ulicy. Zatrzymał mnie nagle jakiś mężczyzna.

– Dokąd idziesz?

– Bolibar.

Zaczął mi wtedy wyjaśniać, kalecząc mowę Szekspira, jak wydostać się na przedmieścia i w którym miejscu skręci, by dotrzeć do wsi której szukałem. Dokładnie opisał mi miejsce, w którym mam zejść z głównej drogi. A potem życzył powodzenia i poszedł swoją drogą.

Kilkadziesiąt metrów dalej trafiłem na szlak, idący dokładnie tak, jak powiedział mężczyzna. Na drugą stronę szosy prowadziło przejście podziemne. Gdy tam wszedłem, ujrzałem na ścianie wielki napis: . Trudno o bardziej lapidarne podsumowanie tego, co mnie spotkało i spotyka codziennie na Camino del Norte.

duch_camino

Niezwykłe jest tu dla mnie jedno: mieszkańcy mijanych miast i miasteczek, choć jest to uczęszczany szlak, nie tracą tu gościnności i chęci pomocy. A w sumie mogliby, gdyż pielgrzymów widzą tu tysiące każdego roku. Jest jednak w Camino to coś, co sprawia, że każdego dnia kilka razy czuję czyjąś pomocną dłoń.

Ludzie, widząc obcego, sami podchodzą, pytają dokąd chcę iść. Gdy stoję bezradnie na skrzyżowaniu, ktoś wychyla się z auta i pokazuje drogę. Wieczorem, w centrum Colindres, małego miasta, dzień drogi przed Santander, jakaś kobieta, widząc muszlę na plecaku, sama podeszła do mnie i wytłumaczyła, gdzie jest schronisko i że muszę zarejestrować się na posterunku policji, gdzie dostanę klucz do albergue. Najczęściej wystarczy właśnie tyle: pokazać pielgrzymowi właściwy kierunek. W miejscach, gdzie szlak nie jest dobrze oznakowany, mieszkańcy z własnej inicjatywy umieszczają na bramach domów ceramiczne kafelki z wizerunkiem muszli.

Dostęp do wody. W regionie, gdzie temperatura +35 stopni latem to nic niezwykłego, bez jej źródeł nie moglibyśmy wędrować. W każdej miejscowości znajduje się więc publiczny kran, z którego korzystają miejscowi i pielgrzymi, ci ostatni częściej. Drobna rzecz: kran z wodą. Każdy z nas ma ich w domu kilka. Wodę mamy zazwyczaj na wyciągnięcie ręki. Idąc 800 kilometrów przez całą północną Hiszpanię, można poczuć, jak wiele znaczy kilka jej łyków. Źródło wody to coś, co zazwyczaj traktujemy jako oczywistość, ktoś jednak musiał pomyśleć o jej udostępnieniu ludziom, ktoś zamontował kran, ktoś inny wykuł w kamieniu koryto, w którym dziś możemy opłukać twarze. Drobiazg, a jak ważny. Dopiero pijąc wodę na Camino, zacząłem myśleć o ludziach, dzięki pracy których dzisiaj mogę jej zaczerpnąć.

Tam gdzie wody jest mało, zdarzają się inne ciepłe gesty. Na przykład za San Sebastian, gdzie jakaś dobra dusza zbudowała na skraju ulicy mały daszek, ustawiając pod nim kilka baniaków z wodą i pisząc obok „Dla pielgrzymów. Buen Camino!”. Może to ktoś, kto sam przeszedł kiedyś szlak do Santiago?

Droga jest tu znana i szanowana. Choć pielgrzym jest tu widokiem powszechnym, wiele osób pozdrawia nas, gdy mijamy się na drodze. Najbardziej dowcipny był rowerzysta, który minął naszą grupę, gdy sunęliśmy asfaltem za Bilbao. Mijając nas, wołał „Venga, venga, animalo!”. „Naprzód, zwierzęta!”. Z naszymi garbami, idący godzinami, przez setki kilometrów, przypominamy rzeczywiście rozczłonkowaną karawanę jucznych mułów czy wielbłądów.

Camino uczy współdziałania i oducza obojętności. Gdy w Bilbao ktoś poskarżył się na ścięgno, w 2 osoby od razu przysiedliśmy, zaczęliśmy macać nogę delikwenta i próbowaliśmy pomóc. Widząc kogoś siedzącego przy drodze, odruchowo patrzysz, czy wszystko z nim/nią w porządku. Jeśli coś poszło nie tak w drodze i właśnie zmieniasz właśnie bandaż na kostce czy wcierasz maśc w kolano, możesz mieć pewność, że z grupy idących za tobą ktoś zagadnie, zapyta co się stało i czy nie potrzebujesz pomocy. Na tej drodze nie ma kompletnej anonimowości.

Wczoraj rano, gdy szukałem szlaku opuszczającego Najo. W tej małej miejscowości pielgrzymi idący do Santiago muszą być widokiem powszechnym. Turystów odwiedzających okoliczne plaże jest tu od groma. Na takich turystach zarabia między innymi sklepik z pieczywem na przedmieściach, prowadzony przez zgromadzenie sióstr Santa Maria de la Merced. Gdy tam wszedłem i poprosiłem o pieczątkę do credencialu, ciemnoskóra zakonnica zdjęła z półki pudełko i podała mi przez ladę.

– To na drogę do Santiago!

To były słodkie nevaditos, kruche ciasteczka na białym winie. W miejscu tak gęstym od odwiedzających nie powinienem liczyć na żadne życzliwe gesty. A jednak.

Odkąd wyszedłem z Irun, większość czasu idę sam, nie mając w zasięgu wzroku nikogo. Gdy mijam kogoś lub idę w czyimś towarzystwie, trwa to minuty, najwyżej kilka godzin. Na Drodze Północnej ilość wędrujących nie osiągnęła jeszcze granicy nasycenia. Nie ma tu (i oby nigdy nie było) obrazków jak z drogi do Morskiego Oka. Jeden ze spotkanych w drodze pielgrzymów opisywał mi, co dzieje się na Drodze francuskiej. Tam grupy turystyczne, przemieszczające się autokarami, zabierają ze sobą paszporty pielgrzymów i posługując się nimi, wypełniają schroniska. Gdy już się w nich zadekują, przybiegają do gospodarzy, z pretensjami o spartańskie warunki. W tym samym czasie idący pieszo pielgrzymi, muszą szukać dla siebie innych miejsc lub śpią pod gołym niebem. Na najbardziej uczęszczanych odcinkach Drogi Francuskiej wędruje podobno pół tysiąca ludzi dziennie. Mieszkając tam i widząc takie tłumy codziennie maszerujące przez moją wieś, na dźwięk słowa „peregrino” wybiegałbym chyba ze strzelbą.

Chyba dobrze, że poszedłem Drogą Północną.

Join the discussion 11 komentarzy

  • Kuba pisze:

    Łukasz, Łukasz, Łukasz…
    Te statystyki i opinie o szlaku francuskim… Nietrafione.

    Oczywiście, szlak jest bardziej oblegany. My jednak na przełomie sierpnia i września nie odczuliśmy jakoś strasznie tych tłumów. Wręcz przeciwnie. Były dni, gdy spotykaliśmy bardzo niewiele ludzi (nie mówiąc o pielgrzymach). Tylko 1 raz zabrakło dla nas noclegu i to w naprawdę małym albergue w Arzua- jedynym (wtedy) municypalnym w całym miasteczku.

    A tłumnie to rzeczywiście może być w środku sezonu na ostatnich odcinkach przed Santiago. Zresztą poczekaj na ostatnie 3 dni przed grobem. Na północnej też zrobi się nieco ciaśniej.

    No, ale każdy ma swoje Camino i każdego Camino jest najlepsze ;)).
    Dobrej Drogi!

    • No tak, wypowiadam się jak początkujący między starymi wyjadaczami 🙂 Mogę oczywiście powtórzyć tylko to, co powiedział mi bywalec, ale chodzący tam pewnie w wakacje. Domyślam się i mam nadzieję, że jesienią, poza sezonem, wygląda to inaczej. Sam nigdy tam nie byłem. Zobaczę okolice Santiago, zdam relację. Na razie w okolicy Bilbao i Santander jest bardzo luźno, a ludzie wspaniali.

  • Karolina pisze:

    To o czym piszesz, ze na pielgrzymce, albo inaczej-w drodze-nie ma obojetnosci, automatycznie starasz sie komus pomoc, lub sam taka pomoc otrzymujesz, choc wcale na nia nie liczysz. Dla mnie to byl szok, jak pierwszy raz poszlam na piesza pielgrzymke z Jeleniej Gory do Czestochowy. Niesamowite wrazenie, jak ludzie potrafia byc dobrzy, jak wychodza na ulice, czestuja nas jedzeniem, zapraszaja do srodka. I to tylko dlatego ze znalazlam w sobie troche sily by isc te 300km. Niestety po powrocie juz tak wspaniale nie bylo… Ale mimo to wrocilam na szlak 7 razy 🙂 Moze jeszcze kiedys uda mi sie powrocic… A na ten szlak, ktory od kilkunastu tygodni Ty przechodzisz, wybieram sie rowniez… 😉 pozdrawiam 🙂

  • ryb1 pisze:

    Mam pytanie „topograficzne”. W tym roku szedłem Primitivo. Na jednym z noclegów spotkałem parę holendrów. Dla nich to było 7 Camino. Mówili, że C.Norte jest trudne bo wchodzi się na klify a potem schodzi do poziomu morza i tak cały czas. Czy tak jest rzeczywiście?

    • Niestety sporo w tym prawdy, między Irun a Bilbao droga prowadzi przez góry, często zdarzało mi się robić ponad 500 m przewyższeń dziennie, w 30-stopniowym upale. Teraz, koło Santander, jest już lepiej, ale trochę wędrówki po klifach jest. Choć nie ma już tego co na początku. Początek, pierwszy tydzień, był jednak intensywny i był to najtrudniejszy teren od czasu gdy opuściłem niemiecki Szwarcwald. Do tego dochodzą problem,y z orientacją, szlak nie zawsze jest dobrze oznaczony. Warto miec oczy szeroko otwarte i korzystać z przewodników.

  • Agnieszka pisze:

    Ja także pielgrzymowałam szlakiem francuskim, na początku września, i tłumów nie było. Ludzie przeważnie szli pojedynczo, czasami po 2-3 osoby. Niektórzy rano wychodzili ze schroniska już o 5 rano, inni dopiero koło 8-9. I gdzieś się rozchodzili po drodze. Było bardzo spokojnie, właściwie to lubiłam wypatrywać innych pielgrzymów, zagadywać ich o trasę, ich historie życia.
    A Hiszpanie byli bardzo pomocni, nawet na szlaku francuskim chętnie wspomagają pielgrzymów 🙂

  • Anna pisze:

    dobrze, ze wybrales ta droge, powodzenia na szlaku

  • Krzysztof pisze:

    Pisząc, że byliśmy i było spokojnie, nie piszecie w którym szliście roku.
    Szedłem w 2008r z Pamplony i 2010r z Oviedo, było bardzo spokojnie.
    Ale patrząc na tegoroczne statystyki, na pewno jest tak jak pisze Łukasz.
    W tym roku 10 sierpnia zaczynam w Irun.

  • Klara pisze:

    No tak, nie dość, że Rok Wiary, to jeszcze jest lipiec a 25tego jest, zdaje się wielkie święto św. Jakuba, na które zawsze zmierza mnóstwo pielgrzymów, więc del Norte jest na pewno spokojniejsze, ale później możesz przeżyć lekki szok, chociaż to jest po prostu część drogi. Raz się idzie zupełnie samemu a innym z tłumem i to też jest Droga. 🙂

    Ten napis, który przywołałeś też widywałam na szlaku, często w wersji hiszpańskiej, mówiące nawet nie tyle, że „nigdy nie idziesz sam” ale „nigdy nie jesteś sam” (ninca eres solo). Owszem, na szlaku spotykałam często ludzi-aniołów jak sobie mówiłam, zawsze w momencie kiedy nie wiedziałam gdzie iść albo traciłam chęci, nagle pojawiała się taka osoba, która dodała mi sił i wskazała kierunek. Nawet w na polskich szlakach, co było niesamowite, bo przecież tam rzadko spotyka się ludzi znających szlak jakubowy a pielgrzymów już w ogóle. Ale ten napis mi mówił o czymś jeszcze, o tym, że nawet jeśli nikogo ze mną nie ma i idę fizycznie sama, to nie muszę się bać, bo ja nigdy nie jestem sama i zawsze Ktoś przy mnie czuwa. Widzę przejaw tej opieki i w osobach które spotykam, w wielu sytuacjach nie tylko na szlaku, ale tam to jest takie wyraźne i jasne dla mnie…
    życzę Ci odczuwania tej Obecności,
    buen camino! 😀

  • Bart pisze:

    „Venga, venga, animalo” – mysle, ze rowerzysta raczej nie przezywal Was od zwierzat.
    Sadze, ze chodzilo mu o zdopingowanie Was do dalszej wedrowki: „cheer up” – od hiszp. „animar”.

  • Katarzyna pisze:

    Szłam we wrześniu tego (2018) roku Camino Francuskie. I wiem, że ten rok był rekordowy, jeżeli chodzi o pielgrzymów. Nie wiem jak było w lipcu i sierpniu, ale w drugiej połowie września nie było tłumów, nie było wyścigu do albergue, mimo, że ludzi było sporo. Ale dla mnie to był raczej plus, szłam sama, a nie musiałam się bać, ani nie czułam się samotna. Robiłam niewiele km, średnio 20-25 dziennie, co w porównaniu z ludźmi, którzy robili 40-45 km było tempem ślimaczym. Ale ja nie dość, że emerytka, mam więc dużo czasu, nie muszę myśleć o kończącym się urlopie, ale za to mająca dużo mniej sił niż 30-40 latkowie. Za rok idę Drogą Północną, a rok później szlakiem Św. Olafa w Norwegii- jak zdrowia wystarczy i Bóg pozwoli. Buen Camino- ta droga jest dla każdego.

Leave a Reply