Na długiej wyprawie szanse na to, że Twój sprzęt ulegnie uszkodzeniu, wzrastają wraz z czasem spędzonym w terenie. Zestaw naprawczy jest czymś, co zawsze warto mieć przy sobie.

Ubrania dziurawią się, sznurowadła pękają, dmuchana mata traci powietrze po bliskim spotkaniu ze skałą, Twój gwałtowny ruch rozrywa szew w śpiworze. Nawet w czasie weekendowej wycieczki taki przypadek jest nieprzyjemny. Na długiej wyprawie może ją szalenie utrudnić – lub zatrzymać. Wyprawa, na której nie muszę niczego naprawiać lub modyfikować, zdarza się niezmiernie rzadko. Nawet jeśli naprawa miałaby być prowizoryczna, jest ona lepsza od dalszej wędrówki bądź wspinaczki z uszkodzonym sprzętem. Tym bardziej, że czasem drobna awaria jakiegoś elementu może decydować o niepowodzeniu całego planu.

Już na początku mojej górskiej przygody nauczyłem się zabierać na wyjazdy rzeczy, które pomogą mi naprawić wyposażenie. Kilka podstawowych narzędzi składa się na nieduży zestaw naprawczy, który z łatwością mieszczę w najmniejszej kieszeni w klapie plecaka. Nie zastępuje on wszechstronnego zestawu survivalowego. Nie zawiera noża, opatrunków czy folii NRC, gdyż te mam już w plecaku. Jest przeznaczony wyłącznie do usuwania uszkodzeń w ubraniach i sprzęcie.

Jego zawartość zmienia się, w zależności od mojego celu i długości wyprawy, jest jednak kilka elementów, które znajdują się w nim zawsze:

  • Taśma montażowa „duct tape” (ok. 5 m). Duct tape jest jak Moc z „Gwiezdnych Wojen”: ma jasną stronę, ma ciemną stronę i trzyma Wszechświat razem. Absolutnie najważniejszy element zestawu, którym łatam na szybko małe i duże dziury, zaklejam rozdarte szwy, np. w kurtce, z której wylatuje puch, reperuję pęknięte maszty namiotów, uszczelniam bidony, zabezpieczam obtarcia skóry i wiele innych. Wszędzie tam, gdzie musisz zebrać w całość coś, co właśnie postanawia się rozlecieć, będzie niezastąpiona. Moją taśmę noszę w 5-metrowym kawałku, odwiniętym z dużej rolki i złożonym płasko.
  • Zestaw do szycia: 2 igły + nić poliestrowa (ok. 3-4 m) + 2-3 agrafki; do precyzyjnych napraw, zszywania niedużych dziur w ubraniach, śpiworze i plecaku. Najczęściej wymagają tego spodnie, strzępiące się i dziurawiące na skałach lub ostrych kolcach. Igły przydają się też do różnych precyzyjnych czynności, np. odtykania głowic w kuchenkach czy wyciągania drzazg ze skóry.
  • Cienki rep wspinaczkowy 1 mm (5-20 m). Od lat zabieram w góry spory kawał cienkiego, lekkiego repa, czyli pomocniczej linki wspinaczkowej z Dyneemy. Przy minimalnej średnicy i masie kilku gramów na metr wytrzymuje ciężar 50-60 kg. Służy ona do awaryjnego związywania bagażu, mocowania luźnych przedmiotów do plecaka, naciągania namiotu i zakładania dodatkowych odciągów na wietrze, wymiany sznurowadeł i końcówek do suwaków, suszenia ubrań, naprawy pękniętego stelaża plecaka (prawdziwe zdarzenie na Łuku Karpat). Im dłuższa wyprawa i im trudniejszych warunków oczekuję, tym więcej zabieram.
  • Klej błyskawiczny. Najczęściej służy do szybkich napraw butów, czasem też innych przedmiotów z tworzyw sztucznych, choć zdarzyło mi się z niejakim powodzeniem kleić także spodnie. Wybieram popularny „Super Glue” lub dwuskładnikowy klej epoksydowy.
  • 4 baterie AAA. Do latarki, nadajnika SPOT, lampki w namiocie. Komplet wystarczy do zasilenia dużej czołówki przez kilka-kilkanaście dni.
  • Krzesiwo. Podczas wejścia na Kazbek cała nasza grupa bazowała na kuchenkach Jetboil z zapalnikami piezo. Oprócz tego wszyscy posiadaliśmy zapalniczki. Z niewiadomych powodów wszystkie te mechanizmy przestały działać na wysokości bazy (3650 m). Od tej pory, oprócz standardowego źródła ognia, w moim bagażu znajduje się zawsze krzesiwo Light My Fire. Działa na każdej temperaturze i wysokości.
  • 1-2 miniaturowe karabinki pomocnicze. Podobnie jak linka służą do mocowania luźnych elementów do plecaka, podwieszania wyposażenia w namiocie, mocowania linki do suszenia, wieszania ubrań schnących na plecaku podczas marszu, wieszania torby z jedzeniem pod powałą szałasu czy schroniska. Generalnie – uniwersalne elementy, gdy muszę połączyć „coś” z „czymś”.
  • Łatki i klej do materaca. Choć dbam, by nie kłaść go wprost na kamieniach czy żwirze, nie da się wykluczyć przypadkowego przebicia materaca na długim szlaku. Konieczny jest wtedy zestaw, dodawany zresztą przez wszystkich producentów, pozwalający zakleić dziurę. Te oryginalne działają dużo lepiej niż prowizoryczne zaklejenie szkody szarą taśmą.
  • 2 aluminiowe rurki do naprawy stelaża. Dawno temu, w magazynie sklepu górskiego, wpadł mi w ręce zniszczony stelaż od namiotu. Przypadkiem był to model Vaude, mający ciekawą cechę: rurki stelaża miały średnicę ok. 10 mm, o milimetr większą niż u większości innych producentów. Oznacza to, że każdy inny stelaż wsuwa się w niego gładko i ściśle. Ze złamanego masztu wyciąłem kilka odcinków po 5-10 cm, które teraz służą mi za tulejki do naprawy masztu w razie jego złamania. Na szczęście przydały się tylko raz.
  • Stopery do spania. Ich miejsce jest z zasady w kosmetyczce, ale z jakichś powodów mam je w moim zestawie. Może dlatego, że nie przydają się codziennie, a jedynie w trakcie podróży środkami komunikacji do miejsca gdzie startuje wyprawa. Ciężko mi podróżować pociągami, samolotami czy autobusami bez nich.

Na wyprawach wysokogórskich, gdzie zakładam bazę, zestaw naprawczy zawiera także:

  • Multitool Victorinox SwissTool Spirit. Narzędzia wielofunkcyjne są ciężkie i bardzo rzadko przydatne na trekingu, ale mam je podczas wypraw wysokogórskich. Multitool przydaje się do naprawy różnych części mechanicznych, naprawy raków, stelaża namiotu, czy do prac przy podłączaniu bazowej elektroniki: paneli solarnych i oświetlenia w namiotach. Zabieram go też zawsze, wyjeżdżając w większym zespole. Także z moimi uczestnikami, gdyż jako pilot powinienem umieć pomóc także przy drobnych naprawach sprzętu.
  • Zestaw części do kuchenki benzynowej: igła i klucz do głowicy, zapasowe głowice, smar, filtr do paliwa, uszczelki. Zabieram je w tych bardzo rzadkich przypadkach, gdy decyduję się na używanie kuchenki benzynowej, a więc w odległych rejonach i na dużym mrozie.

Taki zestaw naprawczy może na pierwszy rzut oka przypominać wyposażenie EDC (everyday carry). Jednak brakuje mnóstwa przedmiotów, które obecne są w zestawach EDC.  Powód jest prosty – w moim plecaku znajduje się już nóż, zestaw do gotowania, apteczka, latarka czy telefon. Zestaw naprawczy służy wyłącznie do dokonywania napraw w sprzęcie i czasem do czynności pomocniczych, głównie mocowania luźnych elementów. Nie jest to kompletny zestaw przetrwania, a jedynie odpowiednik skrzynki z narzędziami na szlaku.

Każdy z tych przedmiotów przydał się kiedyś w górach, zazwyczaj wielokrotnie.

W razie niektórych wypadków staram się improwizować. Tak było np. na trasie Warszawa – Santiago de Compostela, gdy na końcowym odcinku łatałem podeszwy moich butów resztkami dętek rowerowych, znajdowanych w rowach. Szybko nauczyłem się nosić kilka kawałków gumy, a po drodze kupowałem kolejne tubki kleju błyskawicznego. Gdy spotka Cię taki wypadek rozejrzyj się więc wokół i staraj zrobić użytek z tego co masz i co możesz znaleźć. Kilka wymienionych wyżej elementów pomoże przy niemal każdej awarii sprzętu. Możesz nosić je w specjalnym organizerze, podobnie jak wyposażenie EDC. Mój zestaw naprawczy noszę w małej, nylonowej torebce. W wersji podstawowej jego łączna waga wynosi ok. 150 gramów i oddaje on nieocenione usługi na każdej wyprawie.

Dopisalibyście coś do tej listy? Jak wyglądają Wasze zestawy naprawcze na szlak?

Join the discussion 11 komentarzy

  • Mateusz pisze:

    Specjalnej różnicy nie ma. Tyle, że duck tape’a nie zabieram, bo za ciężki. Jak Ty przechowujesz taki mały kawałek? Przecież jak się odetnie od reszty rulonu, to potem jak to zwinąć i przykleić? Nawijasz na jakąś tekturę?
    Natomiast ja zazwyczaj biorę więcej plastrów, bo też się przydają. Kiedyś naprawiłem plastrami stelaż od namiotu, no i pęknięte okulary.

    • Sposoby są dwa 🙂
      1. Czekam do chwili, gdy w mojej rolce DT zostanie kilka metrów. Wtedy wyrywam tekturkę z wnętrza. To co zostaje, to zwykły zwój taśmy, który z łatwością spłaszczysz.
      2. Odwijam kilka metrów z dużej rolki i zwijam tak, jak zwija się sznurek na dłoni. Tu też otrzymuję zwój, który składam na płasko i potem jeszcze na pół – i gotowe.

    • Magda pisze:

      Ja nawijam sobie kilkadziesiąt centymetrów DT np. na zapalniczkę albo inne podobne powierzchnie 😀

  • JanuszES pisze:

    W końcu długodystansowiec z porządnym narzędziem (V.Swisstool). Zazwyczaj na blogach/vlogach pokazują małego vicka classica i twierdzą, że to im wystarcza :>
    Zestaw bardzo fajny, choć na Twoim miejscu dorzuciłbym kilka opasek zaciskowych tzw. „trytytek”. Razem z duct tapem potrafią zdziałać cuda.

    • Zaznaczam, że zabieram mojego toola tylko na stacjonarne wyjazdy, gdy w grę wchodzi naprawa sprzętu lub pomoc większej grupie. Na moje samodzielne wyprawy długodystansowe jest faktycznie za ciężki i wówczas zostaje w domu, a ja zabieram na szlak zwykły nóż.

      Opaski – bardzo dobry pomysł!

  • Adam pisze:

    Z rzeczy, które noszę w swoim zestawie naprawczym, a których nie ma u Ciebie:
    – klej butapren – niestety najmniejsza tubka jaką udało mi się znaleźć waży 24 g (mały Super Glue to 3 g), ale wydaje mi się, że do sklejania obuwia czy elementów gumowych będzie on dużo lepszy od kleju błyskawicznego (cyjanoakrylowego) czy epoksydowego bo daje elastyczną spoinę.
    – linka stalowa w koszulce z tworzywa sztucznego, taka o średnicy 1 mm – może przydać się tam, gdzie sznurek będzie za gruby a potrzebna będzie spora wytrzymałość.
    – zestaw koszulek termokurczliwych (do przewodów elektrycznych) – kilka kawałków o różnych średnicach pozwoli np. zabezpieczyć rozplatający się koniec sznurka.
    – klej termotopliwy (taki do pistoletu na gorąco) – po podgrzaniu można nim coś skleić, uszczelnić, uzupełnić wyszczerbiony fragment plastiku czy na upartego dorobić z niego jakąś część.

    No i oczywiście taśma izolacyjna w zastępstwie duct tape, jak na elektryka z zawodu przystało 😉

  • WP. pisze:

    Jak wyżej, a ponadto: Kawałek dętki rowerowej – można przerobić na łatkę, gumkę recepturkę, awaryjną rozpałkę. Nić dentystyczna, 2 – 3 metry cienkiego drutu miedzianego (z kabla telefonicznego), torebki strunowe (awaryjnie na różne drobiazgi, antydeszczowe etui na telefon), spirytus salicylowy (apteczka, awaryjna kuchenka, odtłuszczacz do klejenia + kawałeczek papieru ściernego)

  • Łukasz pisze:

    Trytytki są niezastąpione! Wbrew pozorom, w warunkach outdoorowych nie muszą być jednorazowe – wystarczy podważyć nożem zapadkę. W ten sposób naprawiłem kiedyś pęknięte wiązanie skiturowe. Na zjazd spinałem trytytkami, na podejście rozpinałem.

    Ale wg mnie najważniejsze jest to żeby improwizować – nie ograniczać się do „zestawu naprawczego” tylko rozglądnąć się dookoła siebie i wewnątrz własnego plecaka. Parę sytuacji:
    – podziurawiona przednia część podeszwy w butach. „Łaty” z ducttape’a bardzo szybko się przecierały. Okazało się że plaster bezopatrunkowy (w rolce) z apteczki ma ZNACZNIE lepszą odporność na przecieranie.
    – potrzeba zrobić otwór w plastiku (to była osłona w rowerze)? znajdź na poboczu gwóźdź, rozgrzej nad kuchenką i mozesz robić otwory jakie się podoba.
    – na kempingu, żeby ułatwić sobie robienie prania w zlewie, zaimprowizowałem korek do zlewu z szerokiej nakrętki na butelkę i kilku warstw starej dętki (wyprawa rowerowa – więc miałem)
    – słyszałem o patencie na naprawę połamanego bagażnika rowerowego za pomocą „kompozytu” – klej dwuskładnikowy + bandaż dziany

  • Paweł pisze:

    …z pomocnych patentów przypomniałem sobie o sztyfcie kleju do pistoletu na gorąco. Mała laseczka kleju rozgrzana zapalniczką może być niezastąpiona w wielu sytuacjach i nic nie waży. Pozdrawiam..

Leave a Reply