Jeśli coś łączy moje wyprawy z ostatnich 7-8 lat, jest to fakt, że wszystkie one były przedsięwzięciami samotnymi. Każde z moich przejść długodystansowych, czy to polskie Beskidy i szlak GSB czy irański Zagros, były wędrówką samotną. Przez lata nauczyłem się już, że ten styl podróży odpowiada mi najbardziej.

Daje swobodę wybory drogi, pozwala iść najlepszym możliwym tempem, daje możliwość improwizacji i bardzo ważną wolność w szybkim zmienianiu decyzji. Gdy szlak, który wybieram staje się za trudny lub gdy na drodze spotykam coś lub kogoś szczególnie interesującego, nie muszę pytać nikogo o zdanie, tylko zatrzymuje się w miejscu.

Samotne wyprawy postrzegane są nieraz jako ryzykowne, ale (pisałem o tym już poprzednio) dobrze przygotowana „solowa” przygoda, nawet bardzo ambitna, nie musi być dużo bardziej niebezpieczna od zespołowej. Patrząc wstecz na moje własne przyznaję, że kilka razy wpakowałem się w sytuacje ryzykowne, których uniknąłbym mając obok rozsądnego partnera/partnerkę. Z drugiej strony wiele z moich wypraw wymagało dużej siły psychicznej, która trudno byłoby mi znaleźć, gdybym musiał nie tylko walczyć ze sobą, ale dodatkowo motywować do wysiłku poddającą się drugą osobę.

A jednak ostatnie 2 lata odwróciły nieco moją tendencję do wybierania wyłącznie samotnych przygód. Jednym z takich momentów był zeszłoroczny wyjazd na Grenlandię i 2 tygodnie spędzone z grupą. Okazało się, że w tej odległej części świata trafiłem na świetny i zmotywowany zespół, prowadzenie którego okazało się przyjemnością samą w sobie. Także sięgnięcie do zagrzebanych pokładów wiedzy przewodnickiej było łatwiejsze niż sądziłem. Ten rok przyniósł wejścia z 2 grupami na gruzińskim i rosyjskim Kaukazie, gdzie stawaliśmy dwukrotnie na Kazbeku i raz na Elbrusie.

Mówi się, że takie wyjazdy to lekcja psychologii w pigułce, a najważniejszą umiejętnością prowadzącego powinna być nauka rozwiązywania konfliktów. A jednak z moich wyjazdów zapamiętałem ich bardzo mało, w większości łatwe do zażegnania. 3 tygodnie spędzone z łącznie 40 osobami na Kaukazie pokazały mi jednak kilka innych, ważnych rzeczy. W zasadzie wszystkie punkty były mi wcześniej znane i doświadczony przewodnik ma je we krwi, są jednak dobrą wskazówką dla tych z Was, którzy po raz pierwszy wyjeżdżają w góry z grupą lub decydują się na dołączenie kogoś do ambitnej wyprawy.

Oto one:

1. Najmocniejsi nie muszą być najmocniejsi

Znasz to pewnie nie tylko z gór, choć właśnie na wymagających wyprawach ten przypadek łatwo się objawia. Prawie w każdej grupie trafi się człowiek o większym doświadczeniu, opowiadający o swoich poprzednich przygodach, oblatany, znawca w kwestii sprzętu, dzielący się z innymi doświadczeniem. Czasem nawet zbyt często. Bywa duszą towarzystwa i regularnie staje się tym, który popycha grupę do przodu, wchodząc na ambicję. „My nie damy rady?” – usłyszysz nieraz z jego ust. Tacy ludzie potrafią być spiritus movens całej grupy, pomagając pokonywać trudności. Czasem jednak role się odwrócą. W decydującym momencie, np. wyjścia na szczyt, osoba, która wydawała się „nie-ma-mocna” okazuje się tą, który pierwsza zawróci. Choć uchodziła za twardziela, dopada ją infekcja. Choć przywiozła na wyprawę najlepszy sprzęt, nagle zaczynają jej dokuczać źle dopasowane raki lub zbyt cienki śpiwór. Choć na podejściu ten ktoś sprawiał wrażenie nie do zdarcia, podczas wspinaczki zupełnie opada z sił.

Ktoś, kto miał być filarem Twojej grupy, sam może potrzebować pomocy. Takie sytuacje zdarzały mi się kilkukrotnie i zawsze wprawiały w konsternację. Stały się też nauczką, by ostrożnie szacować siły tych, którzy wydają się ich mieć zbyt wiele. Ta reguła działa też w drugą stronę: obserwuj swój zespół i patrz kogo cechuje największa siła – nie tylko fizyczna. Czasem najbardziej niepozorni okazują się tytanami wytrzymałości. Przykład? Sezon na Kaukazie zakończyliśmy wejściem na Elbrus (5642 m). Niemal cała grupa zdecydowała się przejechać większość drogi ratrakiem, który z bazy wywiózł ich na wysokość ponad 5000 metrów. Tylko trójka z nas zdecydowała się iść z dołu. Ku mojemu zdumieniu była między nami koleżanka – fizycznie najdrobniejsza z całej grupy, paląca papierosy, pozornie bez zadatków na alpinistkę. Na podejściu była nie do zdarcia.

2. Dolegliwości rozwijają się niespodziewanie

Niekiedy punkt 1. przybiera skrajną formę. Podczas aklimatyzacji pod Kazbekiem cała nasza grupa weszła bez problemu na wysoko wysunięty balkon skalny, 4050 m. Nikt nie wykazywał oznak choroby wysokościowej, poza zadyszką i może lekkim bólem głowy. Wszyscy zeszli spokojnie do bazy by odpocząć i niespodziewanie, po południu, jedna z naszych uczestniczek zgłosiła się do polskich ratowników z „Bezpiecznego Kazbeku” dyżurujących w namiotach. Objawy wskazywały na początek obrzęku płuc, do których doszła ogólna niewydolność organizmu. Poszkodowaną ewakuowano, siłami 8 osób, przez lodowiec do ścieżki kilkaset metrów niżej.

Ten przypadek nie dotyczył osoby słabej fizycznie czy początkującej. Nasza partnerka odwiedzała wcześniej wysokie góry i podróżowała. A jednak to pod Kazbekiem coś poszło nie tak i jej organizm zbuntował się podczas aklimatyzacji. Kwestia wieku, kondycji, chwilowego gorszego samopoczucia? W każdym razie nie mogliśmy tego ściśle przewidzieć. Nic nie wskazywało, aby ta konkretna osoba mogła zapaść na chorobę wysokościową. Ten przypadek pokazał mi, że coś takiego może zdarzyć się niespodziewanie i to także komuś, kto wydaje się w znakomitej formie. Uczestnicząc w grupowej wyprawie warto mieć z tyłu głowy myśl „każdemu może się to zdarzyć”.

wyprawa-wyjazd-gory-grupa-lider3

3. Przygotuj najgorszy scenariusz

Będąc w bazie pod Kazbekiem mogliśmy liczyć na wsparcie polskich ratowników i poprosić o pomoc w ewakuacji przewodników mieszkających tego dnia w bazie. Gdyby to samo wydarzyło się w jakimś odległym i pustym zakątku gór, ewakuację musielibyśmy przeprowadzić siłami uczestników. Rzecz bardzo trudna, dla niedoświadczonego zespołu w niedostępnym miejscu – być może niewykonalna. Przed wejściem w takie miejsce musisz więc zadać sobie pytanie – jaki mamy plan w razie poważnego wypadku? Jak się stąd wydostaniemy? Czy mamy osobę, która skoordynuje pomoc medyczną i ewakuację? Czy mamy dość silnych osób do dźwigania chorego/chorej? W skrajnym przypadku może się okazać, że Twój zespół nie da sobie rady z takim zadaniem. W takiej sytuacji warto rozważyć, czy cel wyprawy nie jest zbyt ryzykowny.

4. Pamiętaj, że macie różne cele

Jedna osoba przyjeżdża pod wysoką górę z nastawieniem, że celem jest szczyt i tylko szczyt. Najlepiej załojony w świetnym tempie i stylu. Druga zjawia się tu, by przeżyć po prostu fajną przygodę w fajnym miejscu, bez wielkiego napinania się na wynik. Komuś zależy na świetnych zdjęciach, ktoś przyjechał ze swoją połówką i chce spędzić czas przede wszystkim z nią/nim. W teorii wszyscy zjawiacie się w górach z jednym celem – jest nim jakiś szczyt bądź szlak. W praniu może okazać się, że każda osoba w zespole może mieć nieco różne priorytety. Ich starcie może wywołać konflikt, spowodowany np. zbyt szybkim lub wolnym tempem marszu, zbyt małym czasem na poboczne aktywności. To też miejsce dla lidera grupy, by wyważyć racje wszystkich. W naszym przypadku taką osobą była Ewa z Mountain Freaks. A gdy nie macie lidera? Wtedy warto wyłonić go ad hoc. Może to też oznaczać, że warto podzielić grupę na mniejsze zespoły, z których każdy obierze własne tempo i rozkład dnia.

5. Miej zapasowy sprzęt

W książce „Poza górą” himalaista Steve House opisuje moment, gdy na biwaku w pionowej ścianie upuścił w przepaść but wspinaczkowy i ostatnie wyciągi drogi pokonywał w miękkim botku, z rakami doklejonymi do niego taśmą montażową. Nie mógł się efektywnie wspinać, szedł więc na drugiego, gdy jego partner, Marko Prezelj, prowadził na szczyt.

Banalne, ale prawdziwe – w trakcie długiej akcji górskiej rzeczy przepadają częściej niż się wydaje. W trakcie wejścia na Kazbek moja partnerka odłożyła „na sekundę” swoją łapawice na śnieg. Wystarczył moment i już patrzyliśmy, jak porwana delikatnym wiatrem zsuwa się po stromiźnie w stronę strefy szczelin po rosyjskiej stronie. Mi podobna sytuacja zdarzyła się na alpejskim lodowcu. Tam moja mata odleciała z wiatrem, a ja spędziłem noc na śniegu. Na trawersie pod szczytem Elbrusu, gdzie odpoczywały nasze zespoły, w ciemność nocy pojechały po stromym śniegu łapawica mojej partnerki i termos kolegi. Obie rzeczy bohatersko znalazłem kilka godzin później i 500 metrów niżej. Na takie właśnie wypadki w każdym zespole powinien być zapasowy sprzęt: dodatkowa woda, 2 batoniki, para lekkich łapawic puchowych, jakieś lekkie ubranie (np. sweter puchowy), baterie do czołówki. To często drobiazgi, a decydujące o powodzeniu bądź odwrocie.

6. Nie daj się myśleniu grupowemu i pewności siebie odważnych

W prawie każdej grupie (musi być tylko odpowiednio duża) trafi się podczas wyprawy chojrak. Na 95% będzie to facet. Taki ktoś spod znaku zawołania „my nie damy rady?” albo „zrobimy to z palcem w d…”. Takiej osobie, nawet jeśli nie jest liderem, łatwo porwać pozostałych uczestników, a stąd już krok do tego, byście zlekceważyli jakieś środki ostrożności. Wiatr nie będzie taki silny, szczeliny w lodowcu widać na kilometr, burza na pewno przejdzie bokiem, a w ogóle to cała ta choroba wysokościowa to nas nie dotyczy i wyluzuj, nic nam nie będzie… Osoba przewidująca kłopoty bywa zakrzykiwana przez takich typów. Tymczasem to właśnie przewidywanie potencjalnych problemów jest cechą doświadczonego turysty czy wspinacza. Wiedza co może pójść źle to pierwszy krok by temu zapobiec. Nie pozwól by myślenie grupy zagłuszyło tę ostrożność.

7. Dopasuj się prędkością i siłą

Oczywiste? Niby oczywiste. A mimo to co pewien czas spotykam na szlakach ambitnych ludzi (znowu – w 95% lub więcej to faceci), którzy wyszli w góry z mniej doświadczonymi lub silnymi partnerami/partnerkami i teraz zmuszają ich do rzeczy, na które ci nie mają ochoty bądź odwagi. Gnani przez ambicję nie dostrzegają przewagi mierzą wszystkich swoją miarą. To gość, który na trudnej ścieżce przekonuje swoją dziewczynę, by zrobiła krok nad przepaścią. Który drze się „podciągnij się!”, gdy jej zabraknie siły w ramieniu. Który machnięciem ręki zbywa jej złe samopoczucie lub zmęczenie. Wybacz, że posługuje się takim stereotypem on-ona, ale naprawdę – moje obserwacje dotyczą niemal zawsze par mieszanych, gdzie to on ciągnie ją na siłę. W efekcie schodzą wkurzeni na siebie, każde zniechęcone do próbowania nowych rzeczy razem.

8. Pozwól innym (i sobie) na nieco luzu

„Nie ten jest najlepszym wspinaczem kto robi najtrudniejsze drogi, ale ten który czerpie z tego najwięcej przyjemności” powiedział himalaista Alex Lowe. Dla wielu moich tegorocznych towarzyszy wejście na Kazbek czy Elbrus było rekordem wysokości i szczytowym osiągnięciem życia. Rób rzeczy ambitne. Rób rzeczy trudne, wymagające wysiłku od Ciebie i Twoich partnerów. Jeśli chcesz – rób nawet rzeczy ryzykowne. Ale przede wszystkim pamiętaj, by dobrze się przy tym bawić. Jeśli spełnisz ten warunek, to nawet wyprawa, która nie odniosła zakładanego sukcesu, będzie świetną przygodą, obecną w Waszych wspomnieniach przez wiele lat.

Join the discussion 5 komentarzy

Leave a Reply