Wyjeżdżając w odległe, nieraz ryzykowne miejsce, nie zakładam z góry wystąpienia wypadku.  Byłbym jednak nierozsądny, zupełnie lekceważąc jego możliwość.

Kiedy myślę o ubezpieczeniach w podróży, przychodzą mi do głowy trzy historie.

Pierwszą z nich był wyjazd w Tatry Słowackie i próba zimowego trawersu Tatr Zachodnich. Minionej zimy opisałem na blogu moment, w którym wyczerpany i przemarznięty wlokłem się wiatrołomami, próbując wydostać się z odległego zakątka tych gór. Siły opuszczały mnie, a ja wciąż znajdowałem się wiele kilometrów od osiedli. Ścieżki nie było, wokół mnie tylko kilkumetrowe zaspy. Po wczorajszym wpadnięciu do strumienia moje buty groziły odmrożeniami stóp. Bylem sam, bez kontaktu ze światem. Byłem już gotów wzywać ratowników Horskiej Slużby. Wiedziałem że koszty akcji ratunkowej mnie zabiją, doprowadzony do ostateczności byłem jednak gotów na wszystko. Nie wezwałem ich tylko z braku zasięgu. Gdybym to zrobił, do dziś spłacałbym może rachunek na kilkanaście tysięcy euro.

Drugą jest przejście irańskiego Zagrosu i chwila bezmyślności, w której zdecydowałem się na bardzo ryzykowne zejście stromą, skalną ścianą. Byłem kompletnie sam, odcięty wśród potężnych urwisk. Kluczyłem w upale, niemal bez wody, wśród skalnego labiryntu uskoków, zastanawiając się, kiedy przyjdzie moment, w którym będę musiał wyciągnąć telefon lub SPOT-a i wysłać sygnał „mayday”. W Iranie nie istnieją służby ratunkowe w naszym rozumieniu. Istniał cień szansy, że z miejsca w którym byłem mógłby zabrać mnie helikopter, w przeciwnym razie nawet kilka dni musiałbym czekać, aż w odległym mieście znajdzie się jakiś zespół wspinaczy, gotowych do mnie dotrzeć. Czy mógłbym wówczas liczyć na wyrozumiałość Irańczyków? Być może. Była jednak spora szansa, że obarczono by mnie kosztami takiej akcji.

ubezpieczenie_w_podrozy_kambodza

Zwiedzanie ruin Angkoru – szpital dla turystów powstał chyba z myślą o takich schodach.

Ostatnią historią jest mało ekstremalne przeżycie, jakim była podróż po Azji Południowo-Wschodniej. W trakcie wielomiesięcznego wyjazdu moja towarzyszka podróży nabawiła się kontuzji ścięgna. Nie gwałtownej, ale dokuczliwej i utrzymującej się tygodniami. W kambodżańskim Siem Reap, zapadła decyzja o wizycie lekarskiej. Na obrzeżach miasta znaleźliśmy szpital. Przypominał widmo, nowoczesny, pełen betonu i szkła, i kompletnie pusty. Szybko zrozumieliśmy czemu: był nieosiągalny dla Khmerów, stał tam tylko z myślą o turystach. Kilkuminutowa konsultacja lekarska kosztowała w nim 150 dolarów. Prześwietlenie czy USG wielokrotność tej sumy. Odeszliśmy z kwitkiem. Nie pokrylibyśmy tych kosztów, a podróżowaliśmy bez ubezpieczenia.

Wiele moich podróży odbyłem, nie mając żadnego ubezpieczenia. Plany na ten rok sprawiły jednak,  że zacząłem myśleć o nim poważnie.

Z Alp na koło podbiegunowe

Ten rok to dla mnie dwa kompletnie odmienne wyjazdy za granicę. Pierwszym jest pobyt w Alpach Francuskich i trawers masywu Mont Blanc. Drugim miesięczny treking przez Islandię. Obydwa łączy ryzyko przebywania samotnie w niesprzyjającym środowisku. Góry wysokie to ryzyko upadku, wpadnięcia do szczeliny, złapania przez burzę śnieżną czy uderzenia spadającym kamieniem. To ostatnie jest całkiem realne na drodze normalnej na szczyt, podczas przekraczania owianego złą sławą kuluaru „Rolling Stones”. Islandia to z kolei wędrówka przez pustkowie, często w złej pogodzie i bez możliwości znalezienia schronienia. Tu ryzykiem staje się wyziębienie organizmu, zgubienie drogi, upadek w trudnym terenie, możliwość porwania przez jedną z rwących rzek po drodze. Poziom ryzyka staje się wyższy niż podczas przejścia Łuku Karpat. Sprawiło to, że na poważnie podszedłem do szukania ubezpieczenia w podróż.

Dlaczego w ogóle przejmować się nim w Europie, gdy każdej ubezpieczonej osobie przysługuje darmowa opieka medyczna? Większość z nas, wyjeżdżając za granicę, zadowala się polskim ubezpieczeniem lub Europejską Kartą Ubezpieczenia Zdrowotnego (EKUZ). Idący w góry lub nurkowie, wybierają polisę pokrywającą uprawianie sportów ekstremalnych. Co jednak pokrywa każde z nich? Czy w ogóle warto się ubezpieczać, a jeśli tak – na co zwrócić uwagę?

Przygotowanie

Nie warto kwestii bezpieczeństwa sprowadzać do ubezpieczenia. Znam osoby, które doradzają, by w podróże wyruszać spontanicznie, bez planu. W moim przypadku jest to niewykonalne, regularnie trafiam bowiem do miejsc trudnych (góry wysokie, pustynia, wędrówka zimą), a także uznawanych za ryzykowne (w ostatnich latach np. iracki Kurdystan, pustynie Iranu czy pogranicze afgańskie). Takie przygody poprzedza wielomiesięczne zbieranie informacji, map i relacji, rozmowy ze znawcami tych terenów, ustalanie miejsc punktów zapalnych i miejsc bezpiecznych. Takie przygotowanie procentuje i to od niego polecam każdemu zacząć swoją podróż. Profilaktyka przede wszystkim.

Potencjalne koszty

Jadąc w góry nie zakładam wypadku. Sprawdzam jednak informacje na temat kosztów leczenia, transportu i akcji ratunkowej. Zasady różnią się mocno nawet pomiędzy krajami europejskimi i to nawet sąsiadującymi ze sobą.

Klasyczny przykład: Polska i Słowacja. Akcje ratunkowe GOPR lub TOPR, także te z użyciem śmigłowca i angażujące duże zespoły ratowników, są darmowe. Akcja po stronie słowackiej jest w całości płatna, a kwota jaką zaserwują nam ratownicy zależy od wykorzystania (bądź nie) śmigłowca, ilości zaangażowanego sprzętu oraz liczby ludzi pracujących podczas akcji. Koszt skomplikowanej operacji, gdy konieczne jest wydobycie wspinacza z trudnej ściany, to 10-15 tysięcy euro, czasem nawet więcej.

Podobnie jest w Alpach. Po stronie francuskiej śmigłowiec patrolujący rejon Mont Blanc zabierze nas w dolinę za darmo. Już 70 kilometrów dalej, w szwajcarskim Zermatt, ta sama akcja będzie kosztować tysiące franków, a pytanie o ubezpieczenie jest jednym z pierwszych, jakie zadają tamtejsi ratownicy. Po stronie włoskiej prawo zależy od regionu. Akcja ratunkowa co do zasady będzie tam darmowa, ale np. w dolinie Aosty – płatna. W Alpach niemieckich za ratunek nie zapłacimy prawdopodobnie nic, w austriackich – pełną stawkę. W Karpatach Rumuńskich akcja ratunkowa będzie prawdopodobnie darmowa, w górach Bułgarii – niemal na pewno płatna.

Nawet jeśli ratunek w danym kraju jest darmowy (czytaj: śmigłowiec wyciągnie nas z tarapatów za darmo), nie oznacza to darmowego transportu do szpitala, operacji i leczenia.

alpy_akcja_ubezpieczenie

Ewakuacja poszkodowanego turysty pod szczytem Mont Blanc

EKUZ

OK, zostaliśmy uratowani i dowiezieni do szpitala. Co dalej?

W idealnej sytuacji kwestie leczenia rozwiązywać powinno ubezpieczenie zdrowotne. To, które mamy w Polsce, przenosi się na inne kraje Europy, dzięki EKUZ – Europejskiej Karcie Ubezpieczenia Zdrowotnego. To dokument, który poświadcza nasze prawo do korzystania z niezbędnych świadczeń zdrowotnych za granicą na koszt polskiego NFZ. Płacąc składki na powszechne ubezpieczenie, mamy prawy do otrzymania EKUZ. Daje ona dostęp do opieki zdrowotnej w innych krajach Unii Europejskiej oraz Norwegii, Islandii, Liechtensteinu i Szwajcarii. W razie potrzeby miejscowa służba zdrowia potraktuje posiadacza karty tak, jak osobę ubezpieczona w tym kraju. Nie oznacza to jednak darmowego leczenia. W zależności od państwa konieczne może być pokrycie części kosztów leczenia. I tu zaczyna się zabawa – co kraj to inne zasady.

  • We Francji państwo pokrywa najczęściej 80% kosztów leczenia. Pozostałych 20% pacjent musi pokryć sam. Nawet, gdy kasa chorych pokryje całość kosztów, poszkodowany musi uiścić opłatę   ryczałtową – 18 euro za każdy dzień pobytu w szpitalu. Koszty transportu karetką pokrywamy we własnym zakresie, kasa chorych zwraca 65%.
  • W Szwajcarii, poza płatna akcją ratunkową, pacjent ponosi 50% kosztów transportu karetką lub lotniczym pogotowiem ratunkowym.
  • Na Islandii leczenie szpitalne jest zasadniczo bezpłatne, jeśli jednak trafimy na ostry dyżur do szpitalnego ambulatorium, islandzka służba zdrowia skasuje nas na 5000 koron za konsultację  lekarską oraz 40% kosztów wizyty. Biorąc pod uwagę ceny tego kraju – suma potencjalnie niebagatelna. Transport medyczny to także interesująca pozycja: drogowy bądź lotniczy kosztuje jednolite i dość skromne 6200 koron.

Posiadanie EKUZ ułatwia procedury lecznicze i może oznaczać prawo do darmowego zabiegu, jednak nie pokryje kosztów akcji ratowniczej, późniejszego transportu karetką i pobytu w szpitalu. Dodatkowo płatne mogą być badania i zabiegi specjalistyczne (RTG lub tomografia), a niemal na pewno płatny będzie transport medyczny do Polski. EKUZ zapewnia więc podstawowe ubezpieczenie, które na terenie Europy pokryje część kosztów leczenia. W razie wypadku w górach lub na pustkowiu nie będzie wystarczające i np. nie sfinansuje akcji śmigłowca, wartej 10 tysięcy euro.

EKUZ jest bezużyteczna poza Europą, a więc tam, gdzie koszty leczenia bywają najwyższe. Klasyczny przykład to USA, gdzie cena leczenia szpitalnego sięga absurdalnych, z naszego punktu widzenia, kwot. Kilkaset tysięcy złotych za poważną operację to standard. Wysokie koszty leczenia za oceanem to powód, dla którego część firm nie ubezpiecza podróży do USA czy Kanady.

Co wtedy? Pozostaje zbankrutować – lub zaopatrzyć się w dodatkowe ubezpieczenie.

slowacja_gory_ubezpieczenie_podroz

Tatry Słowackie – wezwanie śmigłowca w tym miejscu kosztowałoby mnie co najmniej kilka tysięcy euro. Z zasypanych śniegiem wiatrołomów wydostałem się 36 godzin później.

Wysokie góry, daleka podróż – jakie ubezpieczenie je obejmie?

Każda firma ubezpieczeniowa zaoferuje nam polisę w podróż. Oferty będą różnić się jednak wieloma szczegółami.

  1. Pierwszym i moim zdaniem najważniejszym są koszty leczenia. To zazwyczaj od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy euro. Sumę tą może narzucić nam ubezpieczyciel lub ustalamy ją sami. Zdecydowanie polecam to pierwsze. Czemu? Bo po zrobieniu rozeznania na temat kosztów leczenia w danym miejscu wolę sam ustalić kwotę. W Europie koszt leczenia na poziomie 50 000 – 100 000 euro będzie niemal na pewno wystarczający. Na innym kontynencie (jak Ameryka Północna) warto pomnożyć ją dwu- lub nawet trzykrotnie.
  2. Drugim czynnikiem, który biorę pod uwagę są aktywności, jakie mogę wykonywać. Czy ubezpieczanie obejmie sporty ekstremalne? To, co robię w górach i podczas podróży – wejścia na wysokie szczyty, wspinaczka czy marsz przez pustynię – jest traktowane jako działania wysokiego ryzyka. Polisa, na którą się decyduję, musi je obejmować.
  3. Po trzecie – nawet jeśli ubezpieczenie obejmuje sporty ekstremalne, to czy obejmuje je wszystkie? Podczas moich dawnych alpejskich wspinaczek korzystałem z górskiego ubezpieczenia OEAV, popularnego wśród alpinistów i działającego na prawie całym świecie. Jeśli jednak w podróży próbujemy różnych sportów i aktywności, nie tylko górskich, ma ono bardzo istotne ograniczenie. Obejmuje sporty głównie górskie: speleologia, wędrówki piesze, wspinaczkę, narciarstwo  i snowboard, spływy kajakowe, kanioning oraz wyprawy na rowerach górskich/trekkingowych. Nie obejmuje np. żadnego ze sportów powietrznych i większości wodnych. Co więc, gdy podczas Twojej podróży zechcesz zrobić kurs nurkowy, skoczyć ze spadochronem lub na bungee, polecieć balonem lub na paralotni? Niestety, OEAV, pomyślane jako ubezpieczenie górskie tych aktywności nie obejmuje. Nie podlegają jej również wypadki samochodowe bądź powstałe w pracy.
  4. Nawet jeśli ubezpieczenie obejmuje sporty wysokiego ryzyka, warto dokładnie sprawdzić jakie zabiegi pokrywa. Będąc nurkiem sprawdź np. czy polisa pokryje koszty leczenia w komorze dekompresyjnej.
  5. Po czwarte – czy obejmuje koszty akcji ratunkowej? Dla mnie to kluczowe pytanie. Nastawienie złamanej nogi w słowackim czy szwajcarskim szpitalu nie musi być drogie, ale cena poszukiwań przez śmigłowiec będzie na pewno. 10 000 – 15 000 euro to sensowna kwota, jako warto się ubezpieczyć na wypadek samej tylko akcji. Niestety, wiele popularnych ubezpieczeń podróżnych oferuje koszty ratownictwa na poziomie 5 00 euro – to niestety za mało.
  6. Po piąte – czy obejmuje choroby tropikalne? To interesujący kruczek: niektóre towarzystwa ubezpieczeniowe zrzekają się odpowiedzialności za leczenie malarii, dengi czy żółtej febry. W idealnym przypadku ubezpieczenie powinno pokrywać koszty ich leczenia, także po powrocie do Polski.
  7. I ostatnie – czy ubezpieczeniem możesz objąć także swój sprzęt lub bagaż? Niektóre firmy mogą włączyć ich ochronę do naszej polisy, inne zrobią to  ramach osobnego ubezpieczenia.

Ubezpieczenie „W Podróży”

Jak ubezpieczam się na dwa nadchodzące wyjazdy? Gdyby przydarzył mi się wypadek w Alpach, w akcję mogłyby zaangażować się służby francuskie lub włoskie. Moja polisa musiała pokrywać koszty akcji poszukiwawczej z użyciem helikoptera. Musiała tez pokrywać koszty leczenia, łącznie z wielodniowym pobytem w szpitalu i pokrycie ewentualnego transportu do Polski. Podobnie w przypadku wyjazdu na Islandię: akcja ratunkowa potencjalnie jest tam bezpłatna, jednak koszty jakie poniósłbym w miejscowym szpitalu – duże. W tym roku nie udaję się poza Europę, gdyby tak jednak było, zwróciłbym uwagę czy polisa pokryje choroby tropikalne i sporty wodne (z naciskiem na nurkowanie).

Szukając dla siebie właściwego wariantu, brałem pod uwagę te wszystkie czynniki. Po rozważeniu możliwych scenariuszy zwróciłem uwagę na jedno z nich – ubezpieczenie „W Podróży” firmy Gothaer. Ci z Was, którzy podróżują po świecie, mogą znać je dzięki karcie „Planeta Młodych”, której obsługę zapewnia właśnie ta firma. Wykupienie takiej karty nie było dla mnie wystarczające (limit 5 000 euro kosztów ratownictwa). „W Podróży” zapewnia jednak wszystko to, czego potrzebuję podczas górskiej czy pustynnej wyprawy oraz sporo świadczeń, które mógłbym wykorzystać np. w tropikach:

  • koszty leczenia na poziomie 100 000 euro (ustalone indywidualnie z ubezpieczycielem) w tym 6 000 euro kosztów poszukiwań i akcji ratunkowej,
  • dodatkowych 10 000 euro kosztów ratownictwa – łącznie jest to więc 16 000 euro przeznaczonych na ewentualny przymusowy lot śmigłowcem w asyście ratowników,
  • uwzględnia chyba wszystkie możliwe sporty wysokiego ryzyka: górskie, wodne, podwodne i powietrzne,
  • obejmuje choroby tropikalne (choć w tym roku raczej mi nie grożą) i potencjalną utratę bagażu.

Po spotkaniu i ustaleniu niezbędnego minimum, jakie musi spełniać polisa, firma Gothaer zaproponowała mi ubezpieczenie tegorocznych wypraw: trawersu Mont Blanc i przejścia Islandii. Z dużą przyjemnością mogę więc napisać, że będzie ona moim partnerem oraz ubezpieczycielem podczas obydwu tych przygód.

Znane powiedzenie mówi „ekspercie, uważaj, lawina nie wie, że jesteś ekspertem”. Ubezpieczenie jest jak apteczka pierwszej pomocy czy kurs lawinowy – to jedna z tych rzeczy, które zabieram, mając nadzieję, że nigdy nie będę zmuszony ich użyć.

Join the discussion 11 komentarzy

Leave a Reply