W czerwcu zeszłego roku, przed wyruszeniem do Iranu, napisałem o kilku ludziach, których przygody śledziłem w 2014 roku. Były wśród nich rozmaite przygody, bliskie i dalekie, rowerowe i piesze, dziejące się na obu półkulach i w każdym klimacie. Niektóre z nich już się skończyły – trójka chłopaków ze Śląska dojechała rowerami do Santiago, a Czapkins, poturbowany i odmrożony, ale jednak żywy, schodzi właśnie z bazy pod Nanga Parbat do cywilizacji. Inne trwają – Piotrek Strzeżysz za miesiąc powinien szczęśliwie dojechać na Ziemię Ognistą, kończąc rowerową wyprawę, rozpoczętą na Alasce. Paul Salopek będzie jeszcze kilka lat wędrować pieszo z Afryki do Patagonii przez Alaskę, a Ania i Mat siedzą chyba w Singapurze, pracując na kontynuację swojej przygody. Nie wygląda, aby chcieli wracać.

Pomyślałem ostatnio, że polecanie Wam wypraw, jakie wpadną mi w oko, może stać się miłym zwyczajem. Trafiają się wśród polskich podróżników osoby, których pomysły wbijają w krzesło, mnie przynajmniej. Gdyby ludzie ci działali na tzw. Zachodzie i prowadzili swoje strony po angielsku, mogliby swobodnie zyskać kapitalny rozgłos, trafiając na okładki magazynów podróżniczych całego świata. Zazdroszczę im, przyznaję, ale mam nadzieję, że jest to zdrowa zazdrość, a to co robią, dla mnie samego jest niczym Święty Graal w podróżowaniu, wędrówkach długodystansowych i w ogóle. Chapeau bas, jak to mówią. Ale, oprócz zdejmowania kapelusza przed ich planami, fajnie byłoby, aby jak najwięcej osób o nich usłyszało. Przyda im się każda pomoc, wsparcie psychiczne i doping jakiego – mam nadzieję – będziecie chcieli im udzielić.

W zeszłym roku napisałem o pięciu przygodach, jakim zamierzałem kibicować. Teraz tylko o trzech, ale za to z najwyższej półki.

3500 km przez Himalaje i Karakorum

Nigdy nie poznałem Seweryna osobiście, choć słyszałem o jego imponującym trawersie Alp – 1500 km z buta, przez najwyższe góry Europy, w 2013 roku. Kilkanaście dni temu wpadła mi do skrzynki krótka wiadomość o kolejnej wyprawie. Musiałem przeczytać ją kilka razy, aby zrozumieć o co w tym chodzi, a gdy wreszcie dotarło, mogłem tylko pokręcić głową ze zdumienia. Gdyby przyznawali Oskary za podróże, Seweryn powinien dostać jednego.

 projekt_himalaje_1

„Projekt Himalaje” – tak nazywa się jego wyprawa, której celem jest przejście dwóch najwyższych łańcuchów górskich świata, Himalajów i Karakorum. Dystans takiego marszu liczy 3500 kilometrów, cały czas w terenie górskim, w miejscach niejednokrotnie odległych od cywilizacji, bez możliwości znalezienia pomocy w razie kłopotów i zaopatrzenia, gdyby marsz się przeciągnął. Punkt startowy – baza pod Kanczendzongą, trzecim szczytem świata i najdalej na wschód położonym ośmiotysięcznikiem. Koniec tej drogi – Nanga Parbat w Himalajach Pakistanu, najdalszym ośmiotysięcznikiem wysuniętym na zachód. Po drodze czeka przejście przez Nepal, Indie i Pakistan, i tysiące kilometrów w bardzo trudnych górach, na wysokościach regularnie sięgających 5000 i więcej metrów. Jak przebić się przez TAKIE góry? I jak przejść granicę indyjsko-pakistańską w niespokojnym Kaszmirze? Nie wiem i pozostaje tylko mieć nadzieję, że autor rozpracował ten szlak, że wie to lepiej i koniec końców będzie umiał to zrobić. Co do mnie, cały czas pamiętam 10 dni spędzonych na trekingu pod Dhaulagiri oraz przejście przez Przełęcze Francuzów i Dhampus, podczas których musieliśmy, w dwuosobowym zespole, polegać wyłącznie na sobie. Ciężar plecaków wbijał nas wtedy w ziemię, ale to właśnie Biała Góra podarowała nam najpiękniejsze momenty spędzone w Himalajach. Seweryn takich momentów i takich trudności będzie miał około 20 razy więcej.

Idąc 25 km dziennie, planuje też dojść do baz pod wszystkimi ośmiotysięcznikami. Jeśli tak, to musi również dotrzeć pod K2 i Broad Peak, daleko na północnym wschodzie Pakistanu, w samym sercu Karakorum. Jeśli uda mu się utrzymać stałe tempo, do mety powinien dojść po 5 miesiącach, pod koniec sierpnia, uciekając przed monsunem nadchodzącym wtedy nad Himalaje.

Buszując przed kilkoma laty w księgarni, w centrum nepalskiego Katmandu, trafiłem na książkę, będącą opisem wyprawy, zrobionej przez dwóch Francuzów w 1994 roku, którzy PRZEBIEGLI Nepal. 11 lat wcześniej dwóch Brytyjczyków na lekko PRZEBIEGŁO dystans Kanczendzonga – Nanga Parbat. Trasa jaką wówczas pokonali była podobna do tej planowanej przez Seweryna i prawdopodobnie nikt jej od tamtej pory nie powtórzył. Na pewno nie samotnie. Jeśli się uda, będzie to – nie mam co do tego wątpliwości – jedno z największych dokonań eksploratorskich ostatnich lat w wykonaniu Polaka. I żałuję tylko dwóch rzeczy: że poza profilem na Facebooku tak niewiele jest o tej wyprawie informacji, a więc nie przebija się ona do zagranicznych mediów oraz że… sam nie mogę iść taka trasą 🙂 Skoro jednak sam w Himalaje na razie nie wyruszę, będę trzymać kciuki za samotnego wędrowca. I Was także do tego namawiam.

Wyprawa startuje już za 2 miesiące. Natomiast jeszcze przez miesiąc można pomóc w jej realizacji na portalu PolakPotrafi.pl. Środki zebrane przez tę stronę pójdą na wstęp do parków narodowych, co jest niezbędne, gdy chce się dostać do baz pod kolejnymi ośmiotysięcznikami.

projekt_himalaje_2

Wielki Szlak Himalajski – Great Himalaya Trail

himalaje2015_1Wypadki i zbiegi okoliczności chodzą po ludziach, co pokazuje fakt, że w tym samym roku wyrusza druga wyprawa przez Himalaje. One trail to rule’em all… – przeczytałem hasło na mapie Nepalu, przez którą wił się szlak spinający dwa przeciwległe krańce tego kraju. Great Himalaya Trail to droga, która mogłaby stanowić ukoronowanie kariery każdego wędrowca długodystansowego.

GHT to nie jedna ścieżka. W rzeczywistości stanowią ją dwa warianty, dolny i górny, różniące się diametralnie trudnościami. Pierwszy prowadzi przez niskie Himalaje, w rejonach zamieszkałych, regularnie schodząc do miasteczek i wsi. Drugi to trasa w odludnym terenie, o charakterze wybitnie wysokogórskim, z dala od cywilizacji, wśród najpotężniejszych gór świata. W najwyższym miejscu wznosi się na ponad 6100 metrów, a 5-tysięczne przełęcze to na niej codzienność. Jej długość to 1700 km, czas przejścia – co najmniej 4 miesiące. Na taką trasę wyruszają w sierpniu tego roku Asia Lipowczan i Bartek Malinowski.

himalaje2015_1

„Malinę” miałem szczęście poznać osobiście. Było to w czasach, gdy włosów na głowie miałem sporo więcej niż obecnie, co w przekładzie na ludzki język oznacza „dawno”. Zdaje się, że był to 2006 lub początek 2007 roku, czas, gdy pracowałem już na wymarzonym etacie i daremnie szukałem wydawcy mojej książki o przejściu Łuku Karpat, jakie ukończyłem 2 i pół roku wcześniej. Gdzieś wtedy napisał do mnie nieznany mi człowiek, z pytaniem o możliwość pożyczenia map rumuńskiego odcinka Karpat i możliwość poradzenia się w kilku kwestiach. Przydźwigałem wtedy te arkusze, które cudem przeżyły przejście Łuku i przez ponad godzinę okupowaliśmy salkę konferencyjną mojego biura, rozważając różne warianty przejścia. Tym człowiekiem był właśnie „Malina”, który pół roku później wyruszył moimi śladami. Szli we dwójkę, z Asią Mikołajczak, przez 150 dni i 2500 km, by już niemal zimą dotrzeć do Bratysławy. Asia do dziś jest jedyną kobietą, która przeszła tę trasę.

Dla Bartka nie był to koniec. W 2010 roku wziął udział w wyprawie Long Walk Plus Expedition, z Jakucka do Kalkuty w Indiach. Przez 6 miesięcy, różnymi środkami transportu, w tym pieszo, przemierzył 8 tys. km. Można więc powiedzieć, że to co robił, zostało w nim już na zawsze.

Po 7 latach spotkaliśmy się ponownie, w Warszawie. Nie mogłem uwierzyć, gdy po 7 latach „Malina” umówił się między innymi po to, by oddać mi kserówki map Rumunii, jakie dałem mu przed laty… Wtedy też usłyszałem o jego planie przejścia GHT. I wygląda na to, że pomysł ten wejdzie w życie już wkrótce.

Śledzić ich przygotowania możecie na stronie i profilu FB. Funduszy na to przejście Asia i Bartek nie zbierają poprzez crowdfunding, co nie oznacza, że nie można ich wspomóc: poszukiwania sponsorów i partnerów trwają, jeśli więc uznacie, że warto – zgłoście się do nich bez wahania. Oboje, Asia i Bartek, wędrowali już po Himalajach Indii i Nepalu, w Andach i Karpatach. Jeśli ktoś może dokona tego wyczynu, to na pewno Oni 🙂

8000km Across Canada

Dopiero po napisaniu dwóch powyższych wypraw ktoś zwrócił mi uwagę na te trzecią. Fakt, że o niej zapomniałem, to chyba chwilowe zaćmienie umysłu, dlatego dopisuję ją do tej listy. Trudno powiedzieć czy jest najbardziej znacząca pod względem trudności – to zawsze sprawa subiektywna – na pewno przebija pozostałe odległością.

8000kmcanada

Dosłownie kilka dni temu Jakub Muda, Polak mieszkający w Montrealu, rozpoczął marsz, którego celem jest przejście Kanady coast-to-coast, z zachodniego wybrzeża do wschodniego . Jego punktem startowym jest miasto Victoria nad Pacyfikiem, końcowym – Cape Spear na brzegu Atlantyku, a po drodze 8 miesięcy samotnej wędrówki. Pierwsze kroki nie są łatwe, bo już teraz z opisu Kuby na blogu wynika, że idzie w samym środku kanadyjskiej zimy, przy temperaturze odczuwalnej rzędu -25 st. C. Chcąc ukończyć drogę przed nastaniem kolejnej, nie miał jednak innego wyjścia, jak wyruszyć teraz. Na Jego stronie znajdziecie sporo szczegółów dotyczących zabranego na tę wyprawę sprzętu. Oby solidne przygotowanie zaprocentowało. Jest tam również jego stale uaktualniana pozycja.

Także projekt Kuby możecie wesprzeć finansowo na PolakPotrafi.pl

Join the discussion One Comment

  • Radek pisze:

    Łukasz, mam nadzieję, że zostaniesz z tą tradycją. Podoba mi się ta solidarność zawodowa, fajnie też że zwracasz nam uwagę na projekty, które możemy czasem łatwo przegapić! Dzięki

    Nie ukrywam, że cały czas jestem mocno pod wpływem Twojej akcji pomocy dla Piotra Strzeżysza, wiem, pamiętam to nie tylko Twoja zasługa. Tym bardziej budująca jest ta solidarność. Jedna z piękniejszych akcji jakie widziałem w ciągu ostatniego roku!

    Radek

Leave a Reply