Przeglądając ostatnio zasoby internetu, trafiłem na krótki artykuł zamieszczony na blogu podróżniczym, adresowany do turystów. „Znowu…” – pomyślałem wtedy, trochę zniechęcony. Czemu? Bo zaskakująco często dostrzegam opozycję, w jakiej stawiają się tzw. „podróżnicy” wobec tzw. „turystów”.

Czym różnią się ci pierwsi od drugich? Podróżnikiem czuje się często ten, kto swoje wyjazdy organizuje samodzielnie. Nie korzysta z drogich hoteli, wczasów all-inclu-coś-tam, często działa z niewielkim budżetem. Po drugiej stronie stoją ci, którzy z tych wszystkich udogodnień korzystają. Podróżnik jest kreatywny, zaradny, chce zobaczyć to, czego nie widać w folderach biur podróży. Turysta to ktoś pozbawiony wyobraźni, ambicji, kreatywności, uzależniony od wygód i pomysłów organizatora. Między nimi – szerokie spektrum tych, którzy stanowią coś pośredniego, są mniej ambitnymi podróżnikami lub bardziej ambitnymi turystami, mieszkają w hotelach, ale chcą zobaczyć coś więcej. Granicę między sobą przeprowadzamy jednak jednym pociągnięciem ręki i gniewa nas, gdy zaliczyć nas do tej gorszej, w naszym mniemaniu grupy. Turysta? Tfu! Nie jesteśmy turystami, my PODRÓŻUJEMY!

Uwielbiam podróżować. Uwielbiam tez podróżować samodzielnie, podejmując za siebie wszystkie decyzję i ucząc się na własnych błędach. Taki sposób poznawania świata odpowiada mi najbardziej, gdyż dzięki niemu się uczę. Jestem więc „podróżnikiem”. Nawet jeśli właśnie smażę się na tajskiej plaży, w tłumie miliona podobnych do mnie.

I nie jest ważny fakt, że i my, i oni jeździmy często do tych samych miejsc, oglądamy te same zabytki, fotografujemy tych samych ludzi, by przywieźć do domu namiastkę egzotyki i świadectwo faktu, że dotknęliśmy czegoś prawdziwego. Choć próbujemy uciec poza utarte szlaki, nasze drogi krzyżują się z ICH drogami zaskakująco często. Jesteśmy wówczas wściekli, bo ktoś właśnie zrujnował nam nasze złudzenie, że dotarliśmy gdzieś dalej, wyszliśmy poza utarty szlak, odkryliśmy coś tylko dla siebie.

Mimo to patrzymy przez wysoki płot okalający iluś-gwiazdkowy hotel z wyższością. My sami organizujemy sobie wizy, nocleg i transport. Targujemy się by nie przepłacać i nie psuć lokalnego rynku. Jemy tam, gdzie miejscowi, śpimy jak oni, podróżujemy jak oni, siadamy lub kucamy na tych samych kiblach. My podróżujemy – turyści zza płotu co najwyżej zwiedzają.

turistas_go_home

A ci, którzy w podróż nie ruszyli ani razu? Którzy nie zdecydowali się opuścić swojego miejsca? Skłonni jesteśmy mówić im, że wybrali życie według szablonu, że ścieżka którą podążają, jest ścieżką milionów innych, podobnych do nich osób. Podobno „świat jest książką i ci, którzy nie podróżują, czytają tylko jedną stronę” jak powiedział jeden z ojców kościoła chrześcijańskiego. Ale gdyby tak było, każdy kto wyrusza w drogę musiałby na jej końcu stać się mądrzejszy. Nie muszę szukać daleko by wiedzieć, że to nie zawsze prawda. Więcej – wielu z tych, co zostali w miejscu, moszcząc sobie swoje gniazdo na tej Ziemi, to ludzie obdarzeni mądrością i współczuciem, jakich pozazdrościć mogłoby wielu z nas, podróżujących.

Czy buddyjski mnich oddala się od oświecenia tylko dlatego, że spędza całe życie w klasztorze wśród gór?

Czy moi znajomi, dwójka na poły pustelników z warmińskiego lasu, jest mniej uduchowiona tylko dlatego, że odnaleźli swoje miejsce na ziemi i trzymają się go?

Czy tłumy przemierzające tropikalne kraje jak za dotknięciem różdżki stają się duchową i umysłową elitą tego świata, gdyż przemierzyli tysiące kilometrów by się tam znaleźć?

Czy fakt, że odważyłem się opuścić dom automatycznie oznacza stanie się kimś lepszym?

Ludzie którzy wyruszyli w podróż i ci którzy zostali w domu boją się tak samo i tak samo często pokonują strach. Ja – przed wyjazdem w nieznane, spotkaniem z nowymi ludźmi, przed obcością i zagrożeniem. Oni – przed codziennym dniem, w którym dopada ich troska o partnera, o przyszłość dzieci, o los wspólnego domu. Wybory jakich podejmują są przynajmniej tak samo ważne jak moje, może ważniejsze. Mój błąd, na przykład wyjazd do tropikalnego kraju w okresie monsunu, może popsuć mi pobyt. W najgorszym razie wszechobecna wilgoć zniszczy mój drogocenny aparat. Im zły wybór miejsca na budowę domu może zatruć wiele lat, a niewłaściwe wychowanie dzieci przewróci ich życie do góry nogami.

Pamiętam do dziś, jak kilka lat temu spakowałem walizki i na zawsze opuściłem miejsce, które przez pewien czas wydawało mi się domem. Zamknąwszy drzwi, zostawiłem za nimi osobę, której życiowe plany nie dały się pogodzić z moimi. Wydawało mi się, wtedy, że wybieram swobodę, a ona – uwiązanie w miejscu. Dziś każde z nas żyje takim życiem, jakie w tamtej krytycznej chwili wybrało. Ja cieszę się wolnością, ona – rodzinnym szczęściem. Tylko które z nas było tym, co stchórzyło? Które wybrało łatwiejszą drogę? Które z nas musi podejmować decyzje wiedząc, że z ich skutkami mierzyć się będzie całe życie? Czy fakt, że kilka razy w ciągu minionych lat zostawiłem całe moje życie oznacza, że jestem odważniejszy i żyję pełniej niż ktoś, kto przy tym życiu pozostał?

Kto musi być ostrożniejszy, bardziej przewidujący, przedsiębiorczy? Kto z nas jest bardziej odważny? Co to w ogóle jest odwaga?

Jest cała masa ludzi, którzy nigdy nie podróżowali i nie nie będą podróżować. Inni, kiedy już wyrwą się z domu, będą chcieli spędzić ten czas w miejscu, które będzie wydawało się im bezpieczne. Patrzymy wtedy na nich z wyższością, przez płot ich hotelu. Wiemy, że to MY poznajemy świat NAPRAWDĘ, a oni go zaledwie dotykają, prześlizgują się po wierzchu. Czasem mówimy im, że dużo tracą i troszczymy się, pewni, że czegoś im brakuje. Cały czas nazywamy siebie podróżnikami, a ich turystami, rysujemy nieprzerwanie tę linię, która nas oddziela. Kreśląc ją coraz mocniej, nie dostrzegając, że kreska na piasku zamienia się w całkiem głęboką fosę.

turistas2

(Fot. CC – www.flickr.com/photos/sethw)

Nie staram się osądzać. Sam tak kiedyś robiłem i boję się, że nadal robię. Pytanie tylko: czy ten podział służy czemukolwiek poza poprawieniem własnego samopoczucia?

Rzecz w tym, że nie mamy powodu, by oceniać życia innych w jakikolwiek sposób. Jeśli świadomie wiesz dokąd jedziesz, jakie znaczenie ma fakt, którą klasę wagonu wybierasz? Albo czy w ogóle zechcesz wsiąść do pociągu, aby dać się zawieźć w nowe miejsce? Henry David Thoreau przez większość życia nie zapuścił się dalej niż 25 mil poza granice Concord, swojej mieściny, której mieszkańców tak gwałtownie ganił w swoich esejach. Nie przeszkadzało mu to jednak być fantastycznie bystrym obserwatorem Natury i codziennego życia, choć niemal każda z jego obserwacji poczyniona była rzut kamieniem od maleńkiej chaty zbudowanej nad stawem. Czy istnieje choć jedna książka podróżnicza, która byłaby tak fascynująco przenikliwa, drobiazgowa, bogata w mądrość i napisana tak kwiecistym stylem jak „Walden albo życie w lesie”? Nawet jeśli tak, to dotychczas jej nie znalazłem.

Czy podróż sama w sobie może być celem życia? Kilka lat temu mógłbym, chociaż z wahaniem, odpowiedzieć „tak”. Dziś jednak przemierzanie jakiejś drogi wydaje się jednak mało warte, jeśli nie towarzyszy mu osobista przemiana. Obojętnie w co wierzymy lub co odrzucamy, celem naszego życia powinno być sprawianie, aby stawać się każdego dnia odrobinę lepszym. Jeśli robimy to podróżując – to dobrze. Jeśli robimy to zakładając rodziny i wychowując dzieci – też wspaniale. Każdy z nas ma prawo wybrać inną drogę do szczęścia, zbawienia lub oświecenia, nie ważne w co wierzy i czy w ogóle wierzy w cokolwiek. Jedynym warunkiem niech będzie to, co w języku hinduskim nazywa się ahinsa – niekrzywdzenie i poszanowanie wszelkiego życia. Możemy wędrować kompletnie różnymi drogami, ale zmierzać do tego samego celu. Kłopoty zaczynają się wówczas, gdy sąsiad idący równoległym szlakiem trąca nas swoim kosturem mówiąc „zabłądziłeś”.

Nie starajmy się więc oceniać drogi drugiego człowieka, porównywać ją z naszą lub ślepo naśladować innych. Każdy z nas ma swoją linię życia i każdy powinien samodzielnie szukać tego, co obudzi w nim nową, lepszą osobę.

Gdybym treść wszystkich spisanych tu opowieści miał zawrzeć w 3 słowach, brzmiałyby one: spełniajcie własne marzenia. Czy każdy marzy, by być podróżnikiem?

Join the discussion 40 komentarzy

  • Oli pisze:

    Szacunek za ten wpis.
    Pozdrawiam serdecznie

  • leek-a-boo pisze:

    Dobrze powiedziane, czy raczej napisane.
    Pozdrawiam!

  • eve marie pisze:

    Najgorsze w życiu jest przekonanie, że jesteś lepszy od kogoś innego, że więcej przeszedłeś, że miałeś ciężej, że wiesz jak wygląda prawdziwe życie. Prawdą jest, że nie wiesz nic i nigdy nie będziesz mógł się postawić na czyimś miejscu ani oceniać jego życia oraz czynów. Każdy jest inny, każdy żyje inaczej i ma własne priorytety. Trzeba się pogodzić i żyć własnym życiem.

  • Karol Werner pisze:

    O to to. Dobrze napisane, konstruktywna krytyka zawsze w cenie. Jako, że czuję się wywołany do tablicy to muszę się trochę wytłumaczyć chyba? 😉
    Jedynym co chciałem osiągnąć tym tekstem było to, żeby ludzi podeszli trochę kreatywniej do poznawania świata. Trochę zmotywować i zachęcić do poznawania świata na własną rękę. Nic nie mam do ludzi lubujących się w kurortach i wycieczkach fakultatywnych etc. Sam często jestem w miejscach turystycznych, oglądam to samo co tysiące każdego dnia i wcale nie czuję się od nikogo lepszy, a jeśli tak to odebrałeś z mojego wpisu to chyba muszę go edytować… tylko w którym miejscu? 😉

    • Oczywiście popieram poznawanie świata na własną rękę, sam uważam, że taki sposób uczy najwięcej. A jednak są też osoby, które jadą na wakacje by „odpocząć”. Czy jest to lenistwo czy nie – nie nam osądzać ich motywy, ja sam jednak przestałem je już nazywać „głupotami”, bo nie siedzę w skórze tych ludzi.

      Przestałem tez bezkrytycznie wierzyć, że podróżowanie z pewnością uczy. Nie uczy, jeśli sami mu na to nie pozwolimy. Bycie „podróżnikiem” niekoniecznie jest więc patentem na lepsze poznanie świata.

      Twoje porady Karolu są oczywiście sensowne. Do spisania powyższych przemyśleń skłoniła mnie po prostu lektura wielu artykułów, w których „podróżników” i „turystów” stawia się obok siebie, sugerując że pierwsza z tych grup ma receptę na lepsze poznanie świata.

      • Karol Werner pisze:

        Także się zgadzam z tym, że podróże nie kształcą, a przynajmniej często się tak zdarza. Różnica pomiędzy naszymi tekstami polega na tym, że mój jest faktycznie bardziej dosadny i zaczepny, Twój zaś bardziej stonowany, bezstronny z większa ilością tez i skłaniający bardziej do myślenia jak mniemam. Prawda jest taka, że mamy to samo podejście do podróży czy turystyki. Zresztą nie ma bloga, który nie ma wpisu turysta vs podróżnik, zatem witam w klubie… długo czekałeś 😀

        Pozdrawiam serdecznie i jeszcze raz gratulacje nagrody!

        • Dzięki! Różnica jest taka, że ja w ogóle przestałem rozróżniać „podróżników” i „turystów”. Nie lubię też osądzać motywów jednych i drugich, często jedni zamieniają się w drugich i odwrotnie. Kto spośród milionów smażących się na plaży jest „turystą”, a kto „podróżnikiem”? I kto z nich w danej chwili mądrzej poznaje świat? Naklejanie takich etykietek może się przydać socjologom i statystykom. Jeśli więc należę do jakiegoś klubu, to tylko do takiego, w którym podchodzi się do każdej osoby indywidualnie i bez osądzania.

        • sdsdsfavsrvaer pisze:

          Są takie blogi.
          Różnica między waszymi tekstami jest większa niż tutaj napisałeś. Swoje założenia rozpisałem u Ciebie na blogu.

          To jest dosadny i zaczepny tekst (jak to ująłeś). Przy podróżowaniu i przeżywaniu podróżny najważniejsza jest skromność. Wówczas widzi się więcej, więcej ludzi Ciebie zaprasza do siebie (Patrz Werrona i jej przygody) etc. Z tym się wszyscy to zgodzimy, że nie da się wejść w dialog z ludźmi, innym miejscem i krajobrazem, jeśli wychodzi się z założenia „jestem podróżnikiem”. Naprawdę nie chciałbym rozmawiać zbyt otwarcie z człowiekiem który przyjechałby do mnie na osiedle w goreteksach, obładowany sprzętem i zaczął robić mi zdjęcia (bo dla Niemca Polak rąbiący drewno na swojej działce w tle drewnianej szopy jest taki fotogeniczny, do tego ubrany w robocze łachy z dziurami).
          Samo publikowanie swojego życia na blogu jest jakimś ekshibicjonizmem który kłóci się ze skromnością prawdziwej podróży. Granica jest cienka i nawet nie zobaczycie kiedy zostanie przekroczona. A po przekroczeniu staniecie się jednym z tysiąca amerykanów recenzujących namioty i sprzęt turystyczny gdzieś we własnym ogródku, jednym z setek turystów kupujących sprzęt po to „by mieć, a nie by być”.

          • sdsdsfavsrvaer pisze:

            Z drugiej jednak strony są „bezdomni” używający najprostszych rzeczy w swoim „codziennym survivalu”, i przeżywający świat na swój sposób. Granica jest bardzo cienka. I nie jeden człowiek kochający podróżowanie się tak zatracił w tej swojej skromności, że chodzi po świecie jak św. Franciszek i robi byle co i byle gdzie byle dalej i byle w innym miejscu. To też zmienia psychikę. Trzeba bardzo kontrolować swoje pragnienia i potrzeby żeby nie skończyć gdzieś poza tym wąskim tunelem turystyki – z jednej strony bezdomny włóczęga, z drugiej gadżeciarz z paracordem na nadgarstku. A gdzieś po środku jest turystyka i „podróżnictwo”.

      • Monika pisze:

        „A jednak są też osoby, które jadą na wakacje by „odpocząć”. Czy jest to lenistwo czy nie – nie nam osądzać ich motywy, ja sam jednak przestałem je już nazywać „głupotami”, bo nie siedzę w skórze tych ludzi.”

        Z biegiem lat coraz bardziej rozumiem potrzebę odpoczynku, 10 lat temu chyba się dziwiłam, że ktoś woli odpoczywać na wakacjach, teraz już nie – to się często zmienia z wiekiem.
        Ja bywam zmęczona. Teraz też jestem – z niecierpliwością czekam na swój kolejny wyjazd i jestem pewna (jeśli nic się niespodziewanego nie wydarzy), że pierwsze kilka dni spędzę na nic_nie_robieniu, połażę, porozglądam się, pogadam, porobię zdjęcia, posiedzę… nic co by wymagało wysiłku.

  • Juka pisze:

    Niedawno pojechałam pierwszy raz do Krakowa. Człowiek wcześniej się naczytał, nasłuchał o tym mieście i chciał po prostu zobaczyć to i owo. Na Wawelu oczywiście tłumy, ale nie darowałabym sobie gdybym nie zobaczyła. I jakoś nie czułam się lepsza od otaczających mnie ludzi, tylko dlatego, że wcześniej przeszłam pół miasta bez przewodnika.
    Na mnie też czasami krzywo patrzą – bo nie dbam o ubiór, noszę stare ale wygodne buty, bo nie wyglądam jak „podróżnik” czy „turysta”. A jak ostatnio byłam w górach nazwano mnie Shrekiem, bo miałam na sobie zielony wędkarski płaszcz przeciwdeszczowy zamiast kurtki. Zrobiło się człowiekowi przykro, bo płaszcz przeżył więcej niż ja, a tu go tak obrażają. Ale kto mógł wiedzieć o jego historii?
    I tak samo, jak z tym płaszczem, jest ze spotykanymi na drodze ludźmi – nie znamy ich historii, powodów, dla których robią tak a nie inaczej.
    Świetny tekst!
    Dzięki!

  • Ewa pisze:

    „Czy fakt, że kilka razy w ciągu minionych lat zostawiłem całe moje życie oznacza, że jestem odważniejszy i żyję pełniej niż ktoś, kto przy tym życiu pozostał?”. Ech. Dzięki za ten wpis.

  • Lobster pisze:

    Czy to nie działa też w drugą stronę? Tym, którzy zostali w domu lub są zwykłymi turystami też zdarza się pogardzać podróżnikami… Bo przecież podróżnik nic właściwie nie ma, nie zbudował żadnej relacji na śmierć i życie, nie ma swojego miejsca na ziemi, wciąż coś go nosi i wodzi, praktycznie nie wie jak wygląda codzienne życie, kiedy trzeba wstać rano, odwieźć dzieci do przedszkola, pójść do pracy, itd

    Wspaniały wpis, daje dużo do myślenia!

  • Kamil pisze:

    Hmm… ogólnie zgadzam się dość mocno, ale na bazie bardziej generalnego stwierdzenia – „jeden lubi zapach pomarańczy drugi własnych stóp”. Jeśli ktoś wybiera pewien styl życia i jest z tym szczęśliwy to nic nam do tego… (jak zawsze w swych ekstremach każde stwierdzenie ma wyjątki – nikt ich mi wytykać nie musi w tym wypadku)

    Ale jednak nie mogę się zgodzić z tym, że człowiek się nie uczy samorzutnie w podróży. To jest nieuniknione. Języki, alfabety, geografia i historia z gałęzi bardziej naukowej oraz zaradność, cierpliwość (50 godzin w pociągu!), otwartość, ufność i zrozumienie dla innych, z gałęzi czysto ludzkiej.

    Wyobrażam sobie, że ktoś taki jak Ty dociera już do maksimów wyżej wspomnianych dziedzin, stąd mały postęp i taka opinia. Na prawdę nie umiem sobie wyobrazić scenariusza, w którym przeciętny człowiek np, przejeżdża 3000 km przez Chiny i wraca do domu absolutnie taki sam. Nie umiem. Twoje argumenty, jak najbardziej trafne, opierają się na popieraniu antytezy, a nie obalaniu tezy. A tu nikt nie mówi, że brak podróżowania implikuje głupotę. Ja jedynie mówię, że podróżowanie implikuje jej brak.

  • Danka pisze:

    „……przemierzanie jakiejś drogi wydaje się jednak mało warte, jeśli nie towarzyszy mu osobista przemiana. Obojętnie w co wierzymy lub co odrzucamy, celem naszego życia powinno być sprawianie, aby stawać się każdego dnia odrobinę lepszym. Jeśli robimy to podróżując – to dobrze. Jeśli robimy to zakładając rodziny i wychowując dzieci – też wspaniale. Każdy z nas ma prawo wybrać inną drogę do szczęścia, zbawienia lub oświecenia, nie ważne w co wierzy i czy w ogóle wierzy w cokolwiek. Jedynym warunkiem niech będzie to, co w języku hinduskim nazywa się ahinsa – niekrzywdzenie i poszanowanie wszelkiego życia.” – świetnie powiedziane. Pozdrawiam serdecznie !

  • Kapitalny wpis Łukaszu!
    Strasznie mierzi mnie gdy ludzie wymyślają sobie jakieś sztuczne podziały na lepszych i gorszych. Powodem może być : rodzaj wykonywanej pracy (fizyczna, biurowa), szkoła do jakiej chodzą dzieci, to czy mamy nowego iPhon’a czy nie, itd. itd.

    Lepszym człowiekiem, nie ważne czy podróżnikiem, turystą czy domatorem jest ten, kto nie ogranicza się na nowe i nieznane oraz uczy się, na własnych (i cudzych) błędach…

  • Winduru pisze:

    Kilka całkiem zgrabnych pytań. Podróżowałam, zwiedzałam, a teraz głównie siedzę w miejscu i szczerze mówiąc nie wiem która z tych opcji najbardziej mi się podoba. Jeśli więc nie potrafię w tej chwili ocenić, która z nich jest najlepsza dla mnie, to co dopiero dla kogoś innego 😉 Nie wydaje mi się jednak, żeby podróż musiała wykluczać rodzinę.

    Poza tym, jak napomknąłeś, istnieją różne rodzaje podróży. Myślę, że równie nobilitujące jest podróżowanie „u siebie”, jak Thoreau. Wszystko sprowadza się do obserwacji i zdobywania wiedzy, a to zawsze warto pochwalić.

  • Tak przy okazji – dziś mija 152 rocznica śmierci Thoreau. Warto przeczytać TU.

  • Ania pisze:

    Bardzo dobry temat – wart poruszenia, bo faktycznie jest tendencja szufladkowania na ambitnych podróżników i leniwych klientów biur podróży. To bardzo upraszcza rzeczywistość i powoduje że owi podróżnicy bardzo naiwnie i niedojrzale patrzą na świat. Tak jak napisałeś, każdy ma swoje historie, preferencje i przesłanki do takiego, a nie innego wyboru. Nikt zatem nie ma prawa podejmować się oceny stylu życia innych, bo właśnie w rozmaitości uroda.
    Słowo podróż oraz jego pochodne jest poza tym zbyt wąsko rozumiane przez „podróżników”, bo nie musi kojarzyć się tylko z geograficznym przemieszczaniem się. Szerzej, choć zwięźle poruszyłam ten temat tu: http://naszymidrogami.com/refleksje/czym-jest-podroz/

  • Wiktor pisze:

    Niezwykle dający do myślenia wpis… Nie dla każdego jest podróżowanie, niektórym bardziej sprzyja turystyka – trzeba się z tym pogodzić. A status ‚podróżnika’ służy wzmocnieniu swojego własnego ego, no bo to ja jestem ten lepszy.

    Pozdrawiam,

    Wiktor
    http://plecakprzygod.wordpress.com/

    • Na szczęście nie każdy podróżnik kreuje się na „elitę”. Zazwyczaj robią to ci, którzy rzeczywiście muszą podpompowac swoje ego. Ci prawdziwi, kochający podróże dla nich samych, zazwyczaj są skromnymi i szczerymi ludźmi.

  • Julia pisze:

    Nie ma nic bardziej mylnego niż przekonanie, że podróżując na własną rękę stajemy się bliżej kultury, do której przybywamy. To się chyba nazywa „poznawaniem autentycznego życia”, czy jakoś tak. De facto jednak, podróżnik już dawno przestał być odkrywcą, białe plamy na mapach poznikały, a globalizacja sprawiła, że miejsca na świecie stają się bardzo do siebie podobne. Jedna opowiastka miejscowego nie reprezentuje opinii zbiorowej całego kraju, a ubrani w ludowe stroje ludzie często są skansenem przygotowanym na przyjazd gości z zagranicy, turystów czy podróżników, zwał jak zwał.
    Aby poznac życie w jakimś kraju, nie wystarczy spędzić tam tygodnia, miesiąca czy dwóch. Trzeba tam zamieszkać, płacic podatki, wykłócać się z urzędnikami, żyć życiem lokalnej wspólnoty. A wtedy po czasie odkrywasz, że tak naprawdę, ludzie pod każdą szerokością geograficzną mają te same problemy, takie same marzenia. 🙂

    To się wygadałam. A tekst super!

  • Monika pisze:

    Nie wiem kim jestem. Gdybym koniecznie miała wyszukać jakąś etykietkę dla siebie to chyba nazwałabym się ‚leniwym podróżnikiem’.
    Napisałabym, że jestem turystką, bo lubię na wakacjach odpoczywać (nie znaczy to oczywiście, że nigdy się nie męczę, oczywiście męczę się, nawet całkiem często, ale ogólnie uważam, że w wakacje trzeba odpocząć), ale to się od razu wszystkim źle kojarzy i wyszłoby na to, że lubię all-inclusive i wyjazdy zorganizowane, a tak wcale nie jest. Z kolei z ‚podróżnikiem’ mam problem, bo moja własna definicja tego słowa jest dosyć ambitna i trudno mi się tak nazwać bo rzadko wychodzę w podróżowaniu poza swoją strefę komfortu (która jest w sumie dosyć szeroka, dlatego trudno poza nią wyjść, ale dla mnie to wciąż komfort). Tak więc jestem leniwym podróżnikiem 🙂

    Nigdy nie oceniam ludzi, bo ja na wyjazdach wszędzie się dobrze czuję – czy to mniej czy bardziej cywilizowane. Na wczasach all-inclusive nigdy nie byłam, ale mam dziwne podejrzenia, że tam również bym się mogła odnaleźć:)

  • włóczykij pisze:

    Dawno nie czytałem tak pobudzającego do myślenia (i stawiania własnych pytań) tekstu. Etykietowanie nigdy nie wychodzi nam (a przede wszystkim ludziom którym etykietę przyczepiamy) na dobre…

  • Beata pisze:

    Kilka lat temu z namietnoscia czytalam blogi podroznicze. Bylam tak zafascynowana, ze sama chcialam tez tak podrozowac do AZji, AMeryki Pld. Chcialam chodzic tam, gdzie nikt jeszcze nie byl. Wydawalo mi sie ze bede podroznikiem, bede odkrywac nowe.

    Z czasem doroslam i zrozumialam, ze zeby nazwac siebie podroznikiem tonie znaczy zorganizowac sobie z kolezanka wyjazd do Indii, to nie znaczy jesc w lokalnych barach i serfowac na desce…. Zeby byc podroznikiem to trzeba w danym kraju spedzic bardzo dlugi czas, trzeba tam wrosnac i miec swoje miejsce…. I potem wyjechac do kolejnego celu.

    Pisalam u siebie na blogu o czyms jeszcze co „podroznicy” lubia robic. Czyli podrozowanie za darmo, jakkolwiek bezsennsownie to brzmi. http://beo-beforesunset.blogspot.com/2013/10/podrozowanie-stao-sie-w-ciagu-kilku.html

  • dziadbor pisze:

    Piękny tekst Łukasz. Podziały to paskudna rzecz ale chyba nie da się ich uniknąć. Jak tu nie patrzeć z pogardą na trzech dresów obalających flachę na szczycie Tarnicy a później zbiegających z durnym rechotem, jak się ustosunkować do szlaków białych chusteczek w pobliskich krzakach w znanych górach czy na wybrzeżu. Jak odległe jest mi podejście do tematu wyjazdu – bo teraz jest modnie jeździć tu albo tu – które narzuca ludziom przemysł turystyczny, czy inny snobistyczny klimat, i oni tam jadą w ogólnej masie spędu, myśląc że wyboru dokonali samodzielnie.
    Choć pewnie jest dobrze, że ludzie chcą oderwać się od monotonii szarego życia w jakikolwiek sposób, (nieco dziwne jest jeżdżenie po kilkanaście razy z rzędu w to samo miejsce np; do Karwi). Człowiek ma w sobie coś takiego że chciałby podzielić się przeżytym pięknem, chciałby być zrozumiały w swoim przeżywaniu piękna, a jak opowiadasz im że szedłeś samotnie kilka dni w Bieszczadach lub nad morzem to patrzą się na ciebie jak na dziwoląga. I czy chcesz czy nie, masz podział.
    Czasem czuję się jak jakiś odprysk cywilizacyjny i boję się że jak miałbym więcej pieniędzy to rozbijałbym się po świecie samolotami i zaliczał fajne miejsca terenówkami i wtedy myślę że może to dobrze że brak mi ciągle kasy bo dzięki temu poznałem zapach poranka w lesie.

  • Celina pisze:

    Jakbym czytała trochę o sobie sprzed kilku lat. Uważałam się za „lepszego” turystę, bo z plecakiem, bo wtapiałam się w lokalne społeczności, z nimi żyłam ich życiem, chodziłam ich ścieżkami. Dzisiaj wiem, że każdy z nas inaczej przeżywa podróże. Każdy ma swoją perspektywę i priorytety. Gdybyśmy byli jednakowi, to świat byłby nudny.

  • Inna pisze:

    Jestem pewna kilku rzeczy. Wśród nich jest również to, że uważanie się za lepszego jest głupie i niedojrzałe. Bardzo prawdziwy tekst 🙂 Czasem to nie do końca strach, czy tchórzostwo, są powodem siedzenia w jednym miejscu. ktoś, kto wie, że bardzo by go to wciągało, zamiast gotować sobie chwilę szczęścia, i całą resztę życia, jako rozczarowanie, woli nie wiedzieć, BO czego oczy nie widziały tego sercu nie żal. I tak naprawdę wszystko zależy, od tego jakim jesteśmy człowiekiem, dopiero potem czym sie zajmujemy.

  • Dorota pisze:

    Zgadzam się w 100%. Bardzo dojrzały tekst, który powinni przeczytać zarówno podróżujący jak i nie, zanim zaczną urządzać innym życie.

  • Romek pisze:

    Mądry tekst 🙂
    Wcześniej dużo podróżowałem, a teraz od 3 lat jestem w domu i o dziwo nigdzie mnie nie ciągnie. Co to może oznaczać?
    Pozdrawiam

  • Luna pisze:

    Dzielenie ludzi na podróżników i turystów, tylko przez pryzmat hoteli i kasy, rzeczywiście jest słabe. Ale jest jedna cecha charakterystyczna, dla tych, których można nazwać „turystami” w tym negatywnym sensie – odhaczanie stron z przewodnika, nie zwracając tak naprawdę uwagi na nic, poza załączoną do niego grafiką.
    Tylko, że to zdarza się i tym, z wczasów all inclusive i „Podróżnikom” z wielkimi plecakami.

  • Olga pisze:

    Bardzo dobrze i mądrze to ująłeś. Dzięki za ten tekst! Ja sama stoję teraz przed dylematem: żyć dalej, całkiem spokojnie, w Polsce i podróżować przez 3 miesiące w roku, czy rzucać wszystko i jechać do Indii, gdzie przez rok pracowałabym w Bombaju. Taki wyjazd to coś, o czym od zawsze marzyłam – podróżnicza gratka – możliwość realnego poznania kultury, języka, ludzi. Coś, co może wreszcie zaspokoiłoby ten mój wieczny niedosyt, który czuję, wracając do domu po miesiącu czy dwóch włóczenia się. Na dodatek robiłam to już w przeszłości – pływałam przez 7 miesięcy na pasażerskim statku czy studiowałam w Portugalii. Większość ludzi, którym opowiadam o dylemacie mówi: „To przecież idealna opcja dla Ciebie! Spakować plecak i jechać na drugi koniec świata. Jedź, skoro masz taką możliwość i nic Cię tu nie trzyma” A jednak, tym razem, zastanawiam się, czy nie większą odwagą jest zostać…

  • Magdalena pisze:

    Kiedyś myślałam, że odwagą jest wyjechać i podróżować. Dziś coraz częściej myślę, że dużo bardziej odważne jest zostać, budować stałe życie w mało sprzyjających warunkach, a wydać potomstwo na ten świat to już w ogóle szczyt odwagi. Nie co robimy a jak robimy ma znaczenie. Czy włożę w to serce, czy to jest to czego pragnę, czy przyniosę swoim życiem coś dobrego. Czy to co robię ma jakiś sens.

    Dobry tekst, pozdrawiam 😉

  • grafen pisze:

    Kubłem zimnej wody bywa też to, że dla niezamożnych tubylców krajów rozwijających się „podróżnik” z plecakiem i „turysta” z walizką niczym specjalnie się od siebie nie różnią. Przybywają z dalekiego, bogatego kraju, należą do świata dla autochtonów ze względów ekonomicznych niedostępnego. Przyjeżdżają dla własnej przyjemności. Różnice budżetowe takie, że „podróżnik” ma ze sobą uciułane tysiąc euro, a „turysta” kartę kredytową z limitem wielokrotnie większym, dla ludzi zarabiających kilka dolarów dziennie lub tygodniowo, nie są w ogóle zauważalne. Jesteśmy przybyszami z innego, lepszego świata.

  • Justyna pisze:

    Olga. mam to samo … Czuję, że to zaczyna być już mój problem. To chyba czas, żeby wziąć życie w garść 🙂

Leave a Reply