Ostatnie dni w Polsce

We Wschowie zatrzymałem się nieco dłużej niż planowałem, tzn. zamiast rano wyszedłem o czwartej po południu. Chociaż to mój trzeci pobyt w tym mieście, coś sprawia, że po prostu lubię tu wracać. Atmosfera tego miejsca, fakt, że całe miasto można przejść w pół godziny, ludzie, których tu poznałem, tacy jak Kasia i Tomek Szwarcowie. Rozmowy z nimi to lekcja polskiej rzeczywistości, dowiedziałem się trochę o tym, jak „działa” pietnastotysięczna społeczność. Jak splatają się ze sobą władza, media i ludzie. I jak trzeba nagimnastykować się oraz jakich podstępów użyć, aby, będąc niewielką organizacją kulturalną, stworzyć prawie z niczego festiwal podróżniczy i cykle spotkań tam, gdzie, zdawałoby się, nic się nigdy nie dzieje. A takim miejscem jest właśnie Wschowa i takim stowarzyszeniem kieruje Tomek, który opowiadał mi, jak powoli i opornie udawało u się przekonać włodarzy miasta do swoich pomysłów. Na tej i podobnych rozmowach minął nam wieczór i poranek kolejnego dnia.

Mieszkanie w małych miejscowościach ma też i plusy. Na wieść, że do miasta przychodzi facet w drodze do Hiszpanii, szef miejscowej piekarni przy ks. Kostki, jeszcze przed moim przybyciem kazał przyjść, i wziąć tyle chleba, ile będę chciał.

Gdzieś między rozmowami i objadaniem się, zajrzałem na rynek, szukałem znaków muszli na murach kamienic, wpadłem po pamiątkową pieczątkę do klasztoru. I. Last but not least, odebrałem od Tomka drugi obiektyw, który czekał na mnie od paru dni. Naprawiony i działający jak nowy. Plecak będzie odrobinę cięższy, ale zdjęcia może nieco bardziej urozmaicone.

Camino Śląsk Wschowa

Wschowa, cmentarz ewangelicki

Opuściłem Wschowę, opuszczając tym samym Wielkopolskę. Jeszcze tego wieczoru znalazłem pierwsze znaki Dolnośląskiego szlaku św. Jakuba w Głogowie. Noc zastała mnie na przedmieściach i choć planowałem dotrzeć tego wieczoru do sanktuarium w Jakubowie, musiałem ratować się przewodnikiem który dostałem od księdza z Żabnego. Dzięki niemu pierwszą noc na Dolnym Śląsku spędziłem w domu Cichych Pracowników Krzyża w Głogowie. Pracująca tam siostra Nella zgodziła się mnie przenocować, dostałem mały pokój i rozkładany materac – więcej niżbym oczekiwał.

Następnego dnia, gubiąc się wśród pól na południe od miasta, trafiłem do Jakubowa, głównego sanktuarium pielgrzymkowego i być może najważniejszego miejsca na Szlaku Dolnośląskim. Ksiądz wyjeżdżał akurat w odwiedziny do innej parafii, bardzo ucieszył się jednak z niezapowiedzianej wizyty. Siedząc tam znowu żałowałem, że nie dotarłem na noc tam, gdzie zamierzałem, miałem wrażenie, że bez problemu mógłbym się tu zatrzymać, korzystając z domu stojącego obok świątyni. Dostałem herbaty, a przed samym wyjazdem proboszcz wręczył mi klucze do kościoła, abym mógł wejść i obejrzeć główne sanktuarium. Niesamowite.

Miejsce tchnęło spokojem. Mało kto zagląda w to miejsce. Kamienny kościół stoi na skraju wsi. Dokoła niego widać jeszcze stare płyty nagrobne z czasów pruskich,m z niemieckimi inskrypcjami i rzeźbionymi figurami zmarłych. Poniżej świątyni, w lesie, znalazłem źródło św. Jakuba, istniejące tu podobno od ponad tysiąca lat i jako cudowne odwiedzane przez pielgrzymów od XII wieku. Zresztą i teraz trafiają tu pielgrzymki. Przeglądając księgę pamiątkową, wśród setek odwiedzających, znalazłem dwie osoby, które na przestrzeni ostatnich kilku lat szły do Santiago. Jedna z Poznania, druga z Warszawy. Ciekawe kim byli? I czy doszli?

Camino Śląsk Wschowa

Camino Śląsk Wschowa

Camino Śląsk Wschowa

Jakubów

Z czym będzie kojarzył mi się Dolny Śląsk?

Ze znakami – tymi znajdowanymi na drodze. Szlak Dolnośląski to najstarsza z polskich dróg jakubowych. Jest najstarsza, najlepiej oznaczona w terenie, wiedzą o niej informacje turystyczne, spotkani na parafiach księża, czasem nawet zwykli ludzie. Znaki białej muszli na niebieskim tle zniknęły za Wschową, by pojawić się na rogatkach Głogowa. Wielka rzeźba w kształcie muszli witała mnie w Jakubowie. Później znaki przepadają na nowo, by ukazać się po drugiej stronie Borów Dolnośląskich pojawić się, ni stąd ni zowąd, na przypadkowej latarni w centrum Bolesławca. Później „wsiąkają” na nowo, by pokazać się na stałe już na polskich Łużycach, między Henrykowem Lubińskim, a Zgorzelcem. W tamtych okolicach znaki widać czasem co kilka metrów. Czasem są to, znane z hiszpańskiego Camino, żółte strzałki. O oznaczeniu polskiego Camino postaram się zresztą napisać jeszcze coś więcej.

Camino Śląsk Wschowa

Ze znakami – tymi dawanymi przez ludzi. Szczególne dwa dni zapamiętam z przejścia odcinka Jakubów – Bolesławiec. Zmęczony błądzeniem wśród dolnośląskich pól, człapałem już nocą gdzieś w okolicach Polkowic. Droga tego dnia zgnoiła mnie trochę, miałem jednak cichą nadzieję, że w parafii Pogorzeliska znajdę nocleg. Dziesięć kilometrów przed celem zapukałem do przypadkowego domu, prosząc o wodę. Zamiast kranówy dostałem butelkę oranżady, a kobieta, która mi otworzyła stwierdziła, że wyglądam na pielgrzyma. Gdy potwierdziłem, spytała „a to może na tym jakubowym szlaku co tu biegnie?”. Zadziwiające. W małych wsiach jakie mijałem wcześniej, nikt nie kojarzył tej drogi.

Człapałem dalej asfaltem, gdy godzinę później zatrzymał się przy mnie samochód.

– Dokąd idziesz?

– Do Pogorzelisk. Takim szlakiem pielgrzymkowym…

– Wiem, moja teściowa przed godziną dała ci pić i powiedziała, że tędy idziesz. Wskakuj podwieziemy cię do Chocianowa, tam przenocujesz u księży.

– Dziękuję, ale nie mogę. Obiecałem sobie, że będę szedł tylko pieszo – zacząłem się tłumaczyć.

Przez chwilę musiałem być naprawdę stanowczy, bo kierowca bardzo chciał podwieźć mnie około 10 kilometrów. Stanęło na tym, że jadąc przez Pogorzeliska zapuka do proboszcza i ostrzeże go, że dotrze do niego spóźniony włóczęga.

– A może jeść chcesz? Wracamy z wesela, tort mamy – i nagle z tylnego siedzenia wysunęło się w moją stronę pudełko. Kolejny opad szczęki, nie wiem co powiedzieć, jak podziękować. Drobny gest, kilkanaście różnych kawałków ciasta to nic wielkiego, gdy wraca się z hucznej zabawy, ale dla mnie, w tamtej chwili, jakby kawałek nieba. Sami rozumiecie.

Gdy dotarłem proboszcz już spał, położyłem się więc obok kościoła. Czym się to skończyło? O tym na krótkim filmie:

Rano przebiłem się przez duży kompleks Borów Dolnośląskich. Pogoda była kiepska, a ja liczyłem od dłuższego czasu czy starczy mi gotówki do końca miesiąca, bo stan portfela znów nie był różowy. Kawałek przed Bolesławcem, na wiejskim skrzyżowaniu, zatrzymał się obok mnie samochód. Za kierownicą kobieta. Łik, łik, łik, uchyla się okienko i pada pytanie:

– Pan tak z drewnianym kijkiem? Może na pielgrzymce?

– W sumie zgadła pani…

– A daleko?

– Jak pani powiem dokąd, to pewnie pani pomyśli, że zwariowałem.

– A nie do Hiszpanii przypadkiem?

– ???

– Bo rok temu szedł tędy podobny człowiek do pana, też na pielgrzymce. I mówił że idzie do Hiszpanii. Do San Sebastian czy coś…

– A nie do Santiago przypadkiem?- Może być! No i szedł do tego San Sebastian i też z takim kijem.

– A miał muszle na plecaku?

– Nie pamiętam, ale może. Zaraz, niech pan trzyma – i spod hamulca ręcznego wyciąga 50 złotych w papierku i podaje mi przez okno.

– Nie no, pani chyba żartuje!

– Niech pan bierze! Przyda się na nocleg, w końcu to nie taka tania sprawa. Jak będzie wieczór, niech pan szuka jakiejś agroturystyki w okolicy – i odjechała.

Stałem na drodze, trzymałem pieniądze w garści i aż mnie zgięło. Dosłownie przyklęknąłem na poboczu z wrażenia. Podobne historie zdarzały mi się już kiedyś, ale za każdym razem są tak niespodziewane, że nie sposób się do nich przyzwyczaić. Po prostu czuję jak mięknie we mnie wszystko.

W Bolesławcu, stojącego przed kancelarią parafialną, zobaczył mnie młody ksiądz. Śmiesznie wyglądał: lekko zarośnięty i w czarnej bluzie z kapturem wyglądał na rasowego punkowca. Postawił przede mną wszystko, co miał w kuchni, w biegu zrobił jajecznicę, po czym poleciał do kościoła spowiadać wiernych. „Wspomnij i o mnie przy okazji tej drogi” – powiedział na pożegnanie, a gospodynie przykazał, by pozwoliła mi siedzieć w jadalni tak długo, jak będę potrzebował.

Camino Śląsk Wschowa

kościół w Pogorzeliskach

Camino Śląsk Wschowa

Bolesławiec, Brama Piastowska

Ale Dolny Śląsk to dla mnie także rozpad i rozkład. W drodze przez wsie i miasteczka mijałem codziennie rozpadające się, poniemieckie domy, dworki, spichlerze, pałacyki. Wszystkie pamiętające jeszcze początek zeszłego stulecia, albo koniec jeszcze wcześniejszego. I niemal wszystkie rozpadające się w pył, zostawione przez dawnych właścicieli, a przez nowych przybyszy którzy objęli te ziemie niechciane. Niektóre służyły jako magazyny PGR-ów i stodoły, teraz zarastają roślinnością i zmieniają  się w kupy gruzu. Szachulcowe domy, ewangelickie zbory, przywiezione z zachodu mansardowe dachy, których próżno by szukać na Mazowszu… Zagubione gdzieś między nowymi zabudowaniami, znikają pomału z krajobrazu. To co nowe wcale nie jest ładniejsze, ale pewnie bardziej wygodne i funkcjonalne. Szkoda. Niemcy, odwiedzający rodzinne strony swoich dziadków muszą płakać.

Camino Śląsk Wschowa

Camino Śląsk Wschowa

Camino Śląsk Wschowa

Ostatnie kroki w kraju to Łużyce. Z zalanego deszczem Lubinia (pozdrowienia dla lekarza z nocnego dyżuru i podziękowania za wyciągnięcie kleszcza!) ruszyłem w stronę Henrykowa. Znaki pojawiają się tu co krok. Rzuty oka na henrykowski cis, najstarsze drzewo w Polsce, przejcie przez Gronów i po 21 dniach od wyjścia z domu, stanąłem nad brzegiem Nysy Łużyckiej w Zgorzelcu. I wielka ulga, bo choć jeszcze nie opuszczałem Polski, jakiś etap właśnie się skończył.

Camino Śląsk Wschowa

Henryków

Aby uczcić to doniosłe wydarzenie, postanowiłem szarpnąć się, pierwszy raz w życiu, na pięciogwiazdkowe zakwaterowanie. Nocleg zapewnił hotel Pruszyński:

Camino Śląsk Wschowa

Rano spacer nad rzekę i pamiątkowe zdjęcie. Na Niemcy przyjdzie jeszcze czas.

Camino Śląsk Wschowa

Kolejna doba to wędrówka droga przez Worek Turoszowski do Bogatyni, noc w rozwalającej się stodole, ostatnia pieczątka w paszporcie pielgrzyma, a rankiem stanąłem na granicy czeskiej niedaleko Hornego Vitkova:

Po 23 dniach polskie Camino zostało zakończone.

Kierunek: Praga.

Dołącz do dyskusji 12 komentarzy

  • wilan pisze:

    Świetnie się czyta. Sam bywam bardzo często na tzw. ziemiach odzyskanych w woj. zachodnipomorskim, i tam tak samo jak na Dolnym Śląsku choć może na mniejszą skalę niszczeje wszystko co poniemieckie. Począwszy od cmentarzy, przez domy a kończąc na pałacach. To samo co przedwojenni niemieccy właściciele tych domów czuli moi teściowie kiedy pojechali do Tarnopola na Ukrainie.
    Spokojnej drogi i wytrwałości.

  • danmack pisze:

    Twoje wpisy zaczynają stają się coraz bardziej fabularne:) Deutschland!

  • mah pisze:

    ja to napisze ze sluchu: Sczasnou Cestu !

  • Marcin pisze:

    Świetny wpis! Gratulacje, pierwszy etap za Tobą. Śledząc Twoją wędrówkę człowiek uczy się samozaparcia 🙂 większość wsiadłaby do tego samochodu bez gadania

  • Maciek pisze:

    Gratulacje! Świetnie się czyta Twoją opowieść! Wszystkiego dobrego, trzymamy kciuki!

  • Krystian pisze:

    Gratuluję wytrwałości! Ogromnie budujące są te ludzkie odruchy płynące z serca. Nie taki Polak straszny…
    Poniemiecki majątek kiedyś świetny a dziś w stanie końcowego rozkładu to niestety masowy widok również na mojej Warmii.
    Powodzenia !!!

  • […] który właśnie maszeruje w kierunku Santiago. Świetnie pisze i konkretnie mówi. Polecam: oto wpis z przedwczoraj. Jeśli spodobał Ci się wpis, proszę zostaw komentarz lub włącz subskrypcjęRSS nowych […]

  • Karolina pisze:

    oj widzisz szkoda ze nie poznałam Twojej strony wcześniej – mieszkam koło Bolesławca to miałbyś u nas w domu kąt ciepły na spanie i jedzonko 🙂 aż mi łezka do oka napłynęła bo też wybieram się do Santiago 🙂 pozdrawiam 🙂

  • Irena pisze:

    Łukaszu, Twoja relacja jest bardzo budująca!
    Do tej pory myślałam,że jestem gapą ,bo nie mogę znależć znaku ,szlaku…..
    Życzę na całej drodze Ludzi Aniołów:)

  • Teo pisze:

    Odnośnie stanu budowli poniemieckich, to „mówi się” (nienawidzę tego zwrotu 😉 ) często, że wsie wyglądają jak wyglądają, bo po wojnie ludzie przez wiele wiele lat żyli w strachu, że „Niemiec wróci na te ziemie”. Traktat potwierdzający przebieg granicy polsko-niemieckiej został podpisany przez oba kraje dopiero w 1990, to też trochę nakreśla sytuację. Nie tłumaczy to wszystkiego, ale ludzie nie inwestowali przez dziesięciolecia np. w swoje własne domy, bo nie wiedzieli jak będzie, tym bardziej nikt nie myślał pakować pieniądze np. w stare dwory. pozdrawiam

Zostaw komentarz