Pół pokolenia później

matura_pol_pokolenia_pozniej

Tym, którzy uważają, że matura to przełom, mógłbym przytaknąć. Tak, to przełom. Ale chwilę później dodałbym: przełom, który nie ma żadnego znaczenia. Bo wszystko co ważne, jest tak naprawdę gdzie indziej.

Gdybyś zapytał/a jaki był tytuł wypracowania, jakie kilkanaście lat temu pisałem na maturze, nie potrafiłbym odpowiedzieć. Z ciekawości sięgnąłem w otchłań internetu. Z czterech tematów tylko jeden rozpoznałem, ale ten na pewno nie był moim. Który z pozostałej trójki wybrałem tamtej pamiętnej wiosny – nie kojarzę. Dziwne: zupełnie nie pamiętam, o czym był jeden z najważniejszych tekstów, jaki na pisałem w życiu. Co to oznacza? Chyba tyle, że w takim razie nie miał on wielkiego znaczenia.

Matura ma być sprawdzianem naszej dorosłości (akurat) i wiedzy zdobytej przez 12 lat szkoły. W moim przypadku nie wyglądało to różowo. Uczniem zawsze byłem przeciętnym. Imprezowałem rzadko i rzadko wagarowałem, ale też niespecjalnie zależało mi na uczeniu się czegoś, do czego nie byłem przekonany. Miałem jedną wadę: aby chcieć się uczyć, potrzebowałem dobrego mentora/mentorki. Na przykład niemiecki. Pech chciał, że przez pierwszy rok liceum moje nauczycielki tego języka były najbardziej marnymi pedagogami, jakich wspominam. Naukę zaczęliśmy od połowy podręcznika, z pominięciem podstaw. Choćby nie wiem jak przydatny był język niemiecki, nie byłem w stanie go opanować. Ze złym nauczycielem nie potrafię uczyć się nawet ciekawych rzeczy. Dobry nawet nieciekawe przedstawi zaskakująco.

Z całej szkolnej edukacji niewiele pamiętam. Naprawdę. Możecie zapytać mnie o dowolną rzecz, jakiej uczyłem się na geografii, matematyce czy historii – wyparowały niemal bez śladu. Wiedza, jaką zakuwałem do egzaminu dojrzałości i egzaminów wstępnych na studia, poszła w piach.

A mimo to ze szkoły wyniosłem wiele. Sęk w tym, że były to rzeczy kompletnie spoza programu nauczania.

matura_pol_pokolenia_pozniej

Znacie gościa, który nazywa się Steffen Möller? Niemiec mieszkający w Polsce, aktor i kabareciarz, podobno występował w jakiejś telewizji (nie oglądam). Gdy byłem w 1. klasie, prowadził u nas kółko filozoficzne. Dla szukającego swojej drogi chłopaka pierwsze spotkanie z nim było jak uderzenie w łeb.  Uczył nas fascynującej sztuki wątpienia, stawiania pytań i przyznawania do własnej niewiedzy. 4 lata minęły mi na wertowaniu klasyków, a koledzy śmiali się, widząc mnie wchodzącego do klasy z tomem Nietzschego pod pachą. Cała ta wiedza nie była w niczym przydatna na maturze. Zawdzięczam jej jednak dużo więcej, niż zdany egzamin. Filozofia uratowała we mnie ciekawość świata i odwagę do zadawania pytań. Rzecz, którą wielu z nas gubi dorastając.

Albo nasz wychowawca i matematyk, który zajęcia z nami rozpoczął od lekcji logiki, a po godzinach był wytrwałym inicjatorem wydarzeń kulturalno-oświatowych. Chodziliśmy razem na koncerty i festiwale. Nie mam już pojęcia o mnożeniu macierzy, ale w pamięci zostały mi z tamtych czasów właśnie te wspólne wypady.

Dzięki Wojtku.

Lub ten nieszczęsny niemiecki. Pierwsze dwa lata były rzeźnią, z nieustanną gulą w gardle i zagrożeniami na koniec każdego semestru. Dopiero trzecia i czwarta (jestem tak stary, że moje liceum liczyło 4 klasy) przyniosły zmianę. Przedmiotu dalej nie znosiłem, ale ówczesna germanistka do dziś pozostaje moją ulubioną nauczycielką. Zostawała dla nas po godzinach, prowadząc kółko teatralne. To dzięki niej wiem teraz, kim był Grotowski. Mówiła o rzeczach ważnych, o których szkoła milczała.

Pamiętam lekcję, na której któryś z moich kolegów wyśmiał słowa jakiegoś autora. Przewała wówczas, spojrzała na niego i powiedziała :

– Możesz wątpić, ale nie wyśmiewaj. Warto być krytycznym i mieć swoje zdanie. Ale nie warto być krytykantem. Czujesz różnicę?

Ja poczułem. I pamiętam te słowa do dziś.

Dzięki Agnieszka.

matura_pol_pokolenia_pozniej

Gdy wspominam moją szkołę, nie ma dla mnie znaczenia wiedza, jaką tam dostałem. Ważna była atmosfera i charyzma kilku wyjątkowych osób. Odkładali dzienniki i mówili o rzeczach uniwersalnych, jak szacunek i szukanie własnej drogi. Pobudzali ciekawość, zamiast wbijać nas w ramy programu nauczania. Uczyli myśleć, a nie pamiętać. Uczyli odróżniać mądrość od ładnie opakowanego szajsu. Przymykali oko na szalone pomysły, jakie rzucało kilkoro napalonych nastolatków z samorządu szkolnego. W ciasnych ścianach naszej „budy” przydzielono nam małą kanciapę, z której na przerwach puszczaliśmy muzę, a po lekcjach mieliśmy naszą „przestrzeń wolności”.

Podczas jednaj z takich nasiadówek zwierzyłem się kumplowi z ławki, że słucham niemieckiego techno.

– Pogięło cię? Przynieś mi jutro czystą czysta kasetę. Nagram Ci coś porządnego.

Nagrał mi „The Wall” Pink Floyd. Tej samej nocy odsłuchałem całości, zamurowany. Ich muzyka była objawieniem, kształtując mnie później przez lata. I choć mojego kumpla nie widziałem od dawna, ta muzyka została i jest ze mną od dwudziestu lat, do dziś.

Patrząc z perspektywy tego czasu – nieco ponad pół pokolenia – widzę, że to właśnie wtedy kształtowały się we mnie podwaliny obecnego życia. Poczucie, że świat jest inny, niż nam się wydaje. Że warto stawiać ważne pytania o siebie i sens życia. Nie zawdzięczam tego faktom wykutym z podręczników. Wykute na pamięć, szybko z niej wypadły. Zastąpiły je nowe, bardziej przydatne. A jednak to w liceum zetknąłem się z ideami, które kształtowały mnie przez kolejne lata.

To idee i wartości, a nie zapamiętane fakty, są tym, co ostatecznie było ważne.

Z drugiej strony widzę też, że to, co wtedy wydawało mi się porażką, nijak nie wpłynęło na moje życie. Podobnie jak w przypadku niemieckiego, byłem beztalenciem na angielskim. Nie potrafię uczyć się języka w grupie i z tablicy. Mój anglista przekreślił mnie mówiąc, że nic ze mnie nie będzie. Na maturze ledwo się prześlizgnąłem. Angielskiego nauczyłem się dużo później, w pracy. Tłumacząc maile, raporty i rozmawiając z ludźmi, wchłaniałem słowa i zapamiętywałem zdania. Aż wreszcie zacząłem mówić. Błąd nie tkwił we mnie. To szablonowe metody nauczania nie były moimi.

Kilkanaście lat później okazało się, że oceny z jakimi opuściłem szkołę były i są bez znaczenia. Mając dwóję z angielskiego przejechałem pół świata. Z tróją z polskiego napisałem dwie książki i dziesiątki artykułów. Będąc kiedyś pokraką na wuefie, dziś planuję pierwszy ultramaraton. Świadectwa? To kolejna makulatura, do której od lat nie zaglądam. One nie definiują tego, kim się stałem.

Zdając maturę możesz czuć presję wyniku, jak najlepszych ocen. Życzę Ci, by były jak najlepsze. Wiedz jednak, że nie są miarą Twojej wartości. Moja matura była tylko nic nie znaczącym produktem ubocznym. Najlepsza rzecz, jaką otrzymałem od szkoły, to umiejętność pytania, wątpienia i dociekania oraz odwaga do szukania własnej ścieżki. Tego jednak nie wymagają na żadnym egzaminie.

Dołącz do dyskusji 10 komentarzy

  • Karol Werner napisał(a):

    O panie, ja to maturę miałem 6-7 lat temu i też za cholere nie pamiętam o czym pisałem. Myślę, że po 2 latach też miałbym problemy z ogarnięciem…
    Miałeś niezłego farta do nauczycieli z tego co piszesz, zazdrość.

    PS> Niemieckie techno. Dziękuj kumplowi!

  • Kuba napisał(a):

    Witaj. Świetny tekst.
    Myślę, że istnieje duży problem w edukacji. I to nie tylko tej naszej, krajowej, ale również światowej. Zbyt dużo czasu poświęca się na uniwersalizację całych mas, a nie skupia się totalnie na potencjale jednostki. Po latach dochodzę do wniosku, że każdy etap mojej edukacji był tylko i wyłącznie przygotowaniem do kolejnego egzaminu. Egzamin szóstoklasisty, gimnazjalny, maturalny czy nawet późniejsze studia. Moje próby pokazania się jako odrębnej jednostki były od zawsze tłamszone czy to przez rówieśników mówiących: „Ej, co ty robisz, to nie tak ma być, robisz to źle” albo przez samych nauczycieli niby zgadzających się na mój sposób, ale próbujących utemperować mnie na ten przyjęty przez program. Mam wrażenie, że edukacja zmieniła się w swego rodzaju fabrykę bezmyślnych ludzi, którzy w życiu dorosłym będą wykonywali wszystko według czyjegoś dyktanda, zapominając o swoich poglądach.
    Bardzo bawią mnie opinie moich najbliższych i tych, których znam tylko chociażby z pracy. Krąży wśród ludzi jakieś w moim mniemaniu mylne przekonanie, że napisanie tych wszystkich egzaminów dojrzałości otwiera jakieś do tej pory niewidoczne drzwi. Że gdy już zaliczą wszystko co jest do zaliczenia objawi im się postać, która wyjawi im sekret wiecznego szczęścia. Jestem często krytykowany za to, że nie przykładam zbyt dużej wagi do oceniania mnie przez innych. Dosyć późno rozpocząłem swój ostatni etap edukacji, co jest związane z poszukiwaniem kierunku w którym chciałbym pójść. I widzę bardzo dużą przepaść pomiędzy tym jak wygląda moje podejście do instytucji jaką jest szkoła, uczelnia a jak widzą to świeżo upieczeni maturzyści. Mam wrażenie, że przez te lata nabrałem większej świadomości własnej wartości, którą podobnie jak młodsi ode mnie maturzyści teraz, ja kiedyś zatraciłem przez system. Ludzie słysząc mój plan na życie, w pierwszej kolejności mówią: „bez szkoły nic nie osiągniesz”. Ale odpowiedz mi, czy do podróżowania faktycznie była ci potrzebna algebra czy znajomość „Sonetów krymskich”? Ludzie zbyt mocno trzymają się tego, co pedagogowie wciskali im do głowy przez lata, wpajając, że ukończenie liceów czy studiów przyniesie im szczęście. Jeśli miałbym być szczery, dzisiaj będąc maturzystą – kolokwialnie mówiąc – olałbym dalszą edukację i zająłbym się tym, co faktycznie mnie fascynuje. I nie straciłbym dzięki temu bezcennych kilku lat na dopasowywanie się do szablonu.

  • Krzysztof napisał(a):

    łał … nie dydaktycznie ale bardzo trafnie.
    Do dziś pamiętam nauczyciela, który jednoznacznie nam mówił, że uczyć się musimy tego co nas interesuje i w tym się rozwijać. Resztę trzeba tylko zaliczyć.
    Kurcze – jak trafnie 🙂
    pzdk
    HT

  • drazetka napisał(a):

    Dokładnie! Taka właśnie była jakość szkoły do której chodziłam (pół wieku temu – 4 klasy liceum) z której też nic kompletnie nie pamiętam, jest mi w tej chwili zupełnie obojętna i taka właśnie jest jej praktyczna przydatność w późniejszym życiu :). A teraz podobno jest jeszcze znacznie gorzej niż pół wieku temu, bo bardziej trzeba się w niej dopasować do uniwersalnego schematu, testów i innych głupot. Ukoronowaniem tego absurdu jest właśnie matura. Jakbym miała dziecko to poważnie zastanawiałabym się nad jakimś ominięciem systemu bo w tej chwili to chyba zachodzi w niej głównie proces odmóżdżania młodych ludzi (i silnej religijnej indoktrynacji przy okazji) zamiast rozwijania tego co w każdym najlepsze.

  • Jaromir napisał(a):

    Cytując klasyka: Another brick in the wall 😊

  • Jan napisał(a):

    100% podpisuje sie pod tym tekstem.
    Przykre jest to, że metody, sposoby nauczania pozstały ye same.
    Tym bardziej przykre, że postęp techniczny i wszelki inny jest tak duży.

  • Łukasz, świetny tekst. Uśmiałam się, bo chociaż zawsze byłam dobra z polskiego to teraz nie pamiętam zupełnie o czym pisałam. Tyle zostało z matury… i mnóstwo zapisanych kartek, bo zawsze uczyłam się pisząc. Zalegają teraz na strychu w domu rodziców. Szczerze mówiąc podobne odczucia mam związane z czasem spędzonym na uniwersytecie. Sztampowe metody nauczania, wkuwanie na pamięć. Po pierwszym roku studiów oblano mnie na kierunkowym egzaminie ustnym (hiszpański na filologii hiszpańskiej), argumentując, że po jednym roku nauki nie powinnam mówić tak dużo i tak szybko, bo wtedy nie zauważam, że popełniam błędy. Wtedy straciłam zupełnie szacunek do naszego systemu. Jaką różnicę odczułam kiedy na 6 miesięcy wyjechałam do Hiszpanii!! Wykładowcy, którzy uczyli myślenia i szukania informacji, zachęcali do dociekliwości i kwestionowania. Byli do mojej dyspozycji cały czas, gotowi odpowiedzieć na każde pytanie. Zamiast bezsensownych egzaminów, różne zadania i teksty do napisania w ciągu całego semestru. Wspaniałe doświadczenie. Później udało mi się spotkać takich wykładowców również w Polsce, ale są oni rzadkością. A oceny i tytuły nie są żadną wykładnią tego kim jesteśmy. Pozdrowienia z Indii od wiernych czytelników!!

    • Łukasz Supergan napisał(a):

      „po jednym roku nauki nie powinnam mówić tak dużo i tak szybko, bo wtedy nie zauważam, że popełniam błędy”

      Mocne, dużo mówi o Twoich egzaminatorach. Tym bardziej cieszę się, że spotkałem tych kilkoro dobrych.

  • Romek napisał(a):

    Mądry tekst. Podpisuje sie pod tym będąc po jednej i drugiej stronie jako uczeń i nauczyciel fizyki.

  • Paweł napisał(a):

    Świetny tekst!

Zostaw komentarz