Oczyszczanie wody w kieszeni – test 3 podręcznych filtrów

filtr_do_wody

Jadąc w zeszłym roku do Iranu obawiałem się wielu nieznanych, które czekały w pustynnym terenie gór Zagros. Pytanie „nie boisz się?” padało bardzo często. Zaskakująco – najczęściej w kontekście ludzi, a to przecież dzięki ich pomocy udało mi się przejść 76-dniowy szlak przez ten kraj. Obawiałem się, ale były to niemal wyłącznie obawy związane z trudnościami terenu: kiepskimi mapami, temperaturą, niebezpieczeństwami terenu wysokogórskiego. A przede wszystkim wodą. To jej, jak się spodziewałem, miało mi brakować najczęściej.

Rzeczywistość pokazała, że nie było tak źle. Nawet wśród kompletnie suchych wzgórz prowincji Azerbejdżan i słonych równin nad Oceanem Indyjskim, znajdowałem ją codziennie. Jej brak odczułem wielokrotnie, jednak problemem była nie tylko jej dostępność, ale i jakość. Wypicie surowej wody w terenie pustynnym mogło oznaczać długą chorobę. O jej uzdatnianiu przez gotowanie nie było mowy, środki chemiczne także odrzuciłem. Za jedyny sensowny sposób uznałem filtr mechaniczny. Traf chciał, że w ciągu minionego roku trzy takie filtry przewinęły się przez moje ręce. Były to:

  • Lifestraw firmy Vestergaard
  • Sawyer Mini firmy Sawyer
  • PS01 firmy Diercon

Dwóch pierwszych używałem w trakcie wyprawy do Iranu, a wszystkich trzech – w Polsce, podczas krótszych wyjazdów.

Jak się sprawdziły? Który z nich wziąłbym ze sobą w kolejną podróż? Oto omówienie 3 lekkich, mieszczących się w kieszeni, filtrów do wody, ich mocnych i słabych stron.

Dlaczego filtry kompaktowe?

Przed wyjazdem do Iranu przekopałem się przez dostępne na rynku rozwiązania do odkażania wody i opisałem je w jednym z artykułów. Wiele z dostępnych na rynku modeli to duże filtry, działające na zasadzie wkładów ceramicznych lub syntetycznych, działających dzięki sile naszych mięśni, poruszających mechanizmy pompki. Te odrzuciłem właściwie od razu. Od kilku lat staram się zmniejszać wagę mojego bagażu, tymczasem ważące po pół kilograma modele są zbyt ciężkie, zajmują dużo miejsca i posiadają zbyt dużo ruchomych części, które łatwo zniszczyć, a które trudno naprawić w terenie. Nie tylko przyłożenie zbyt dużej siły przez użytkownika, ale zwykły upadek lub zgniecenie w transporcie eliminują taki sprzęt z użycia. Koniec końców – takie urządzenia są zdecydowanie drogie. Nie chciałem też polegać na chemicznym oczyszczaniu wody, prostym, ale wymagającym czasu (30 minut oczekiwania, zanim rozpuszczone w wodzie chlor, srebro lub jod zaczną działać) i niekoniecznie najtańszym. Kompaktowe filtry okazały się najlepszym rozwiązaniem. Lekkie i małe, pozbawione czegokolwiek, co można zepsuć, skuteczne i sporo tańsze od swoich dużych odpowiedników. Mając możliwość używania każdego z nich, postanowiłem dokonać porównania.

Dwa pierwsze modele, Lifestraw i Sawyer Mini, zabrałem ze sobą na przejście gór Zagros w Iranie. Filtr Diercona wpadł mi w ręce już po powrocie z tej wyprawy, więc aby podrównanie miało sens, wszystkich trzech modeli używałem w takich samych warunkach, już w Polsce.

filtr_do_wody_zagros

Filtrowanie wody w jednej z dolin Zagrosu, pn-zach. Iran

Zasada działania

Wszystkie trzy modele są filtrami mechanicznymi, działającymi dzięki wkładowi wykonanemu z bardzo cienkich włókien, wyposażonych w mikropory o średnicy 0,1 lub 0,2 mikrometra – w jednym milimetrze zmieściłoby się ich odpowiedni 10 000 lub 5 000. W przeciwieństwie do dużych urządzeń, nie maja możliwości wymiany wkładu czy naprawy – filtr uszkodzony czy zużyty musi zostać wymieniony w całości.

1. Lifestraw

Mały, lekki i bardzo prosty w użyciu – takie były moje pierwsze wrażenia, gdy do mnie dotarł. „Słomka życia” to filtr osobisty, służący do picia wody wprost ze źródła, jakim może być strumień czy jezioro. Ma kształt wąskiego cylindra o długości 22,5cm i średnicy 2,5 cm, wykonanego z tworzywa. Szerszy wlot, osłonięty niewielką kratką, mającą zatrzymać grubsze zanieczyszczenia, wylot jest wąski, kształtem dopasowany do ust, co ułatwia picie. Obydwa końce osłonięte są zatyczkami, które zapobiegają zanieczyszczeniu wnętrza, gdy filtr nie jest używany.

lifestraw

Pory filtra mają 0,2 mikrometra, co według producenta, pozwala zatrzymać 99,9999% bakterii i 99,9% pierwotniaków (takich jak ogoniastek Gardia czy Criptosporidium). Żaden z trzech opisywanych modeli nie zatrzymuje wirusów, których wymiary są zazwyczaj o rząd wielkości mniejsze od porów filtra.

Jego waga to zaledwie 57 gramów, co w połączeniu z kompaktowymi rozmiarami sprawia, że nie czuje się go po wrzuceniu do plecaka czy nawet kieszeni spodni.

Użycie jest proste: po znalezieniu źródła wody ściągamy zatyczki z obu końców filtra (są zamocowane na stałe), po czym szerszy koniec zanurzamy w wodzie i zasysamy ją. Pierwsze użycie filtra może wymagać nieco wysiłku: zanim membrana nasiąknie, trzeba wykazać się cierpliwością i włożyć w ssanie nico siły, pokonując pierwszy opór. Po chwili woda zaczyna przepływać przez filtr, a my drobnymi łykami pijemy ją wprost ze źródła. Filtr ma długość niemal 20 cm, przez co picie wody, niczym przez słomkę – stąd nazwa – jest łatwiejsze. Przefiltrowana woda jest uzdatniona do picia.

Po wyjęciu, należy opróżnić filtr z wody. I tu ogólna uwaga: w urządzeniach takich jak Lifestraw elementu oczyszczającego wodę nie da się kompletnie wysuszyć energicznym dmuchnięciem – po usunięciu kilku kropel płuca napotkają opór, a nasiąknięty wodą „wkład” działa jak przegroda nieprzepuszczalna i nie da się usunąć z niego wody w 100%. W każdym razie nie w warunkach polowych. Dotyczy to wszystkich trzech opisywanych modeli.

Zaletą Lifestraw są: prostota, niska waga i wygoda użycia. Czy ma jakieś mankamenty? Niestety tak. Jest ich w dodatku kilka, przez co cieszyłem się, że w Iranie był jedynie urządzeniem rezerwowym, a nie głównym.

Pierwszym z nich jest wydajność. Jak podaje producent, gwarantowana ilość wody, jaką oczyści to urządzenie wynosi 1000 litrów. Czy to dużo? Biorąc pod uwagę, że zużycie wody w upalnym klimacie to nawet 5 litrów na dobę, co daje 200 dni użytkowania. Dla samotnego wędrowca to 2-3 wyprawy, ale gdy w grę wchodzi uzdatnienie wody dla kilkuosobowego zespołu, czas użytkowania może skurczyć się do 40-50 dni. Wiele osób będzie też mieć opory przed braniem do ust filtra, z którego korzystała już cała grupa. Zakup osobnego urządzenia dla każdej z osób w zespole to dodatkowe koszty.

Drugim problemem jest brak sensownego sposobu na oczyszczenie filtra po użytkowaniu. Aby pozbyć się zanieczyszczeń, które wpadły do wnętrza podczas zasysania wody, należy „przedmuchać” urządzenie strumieniem skierowanym w drugą stronę. Jak? Najprościej – nabierając do ust CZYSTEJ wody i wydmuchując ją przez filtr. Taki sposób wydaje mi się jednak mało higieniczny. Z cała pewnością regularne „zasysanie” i „plucie” może budzić opory, gdy z filtra ma korzystać więcej niż jedna osoba. Lifestraw jest zatem filtrem osobistym w sensie dosłownym.

Problemu można pozbyć się bardzo prosto: dając możliwość zamocowania do większego zbiornika, choćby butelki, w celu przefiltrowania dużej ilości wody, bez użycia ust. Takie rozwiązanie przewidzieli producenci dwóch pozostałych urządzeń. Niestety, filtr firmy Vestergaard go nie posiada. Można co prawda kombinować, tak jak ja, z mocowaniem Lifestraw do torby foliowej z użyciem taśmy klejącej, ale to niepewny i nietrwały sposób. Szkoda, taka prosta modyfikacja podniosłaby mocno funkcjonalność sprzętu.

I jeszcze jeden kłopot. Po zdjęciu z filtra zatyczki zamykającej wlot, opada ona luźno do wody. Przeszkadzało to, gdy piłem wodę z bardzo płytkich, zamulonych zbiorników, gdzie kawałek plastiku poruszający się na głębokości kilku centymetrów, unosił muł leżący na dnie. Zdecydowanie przydałaby się możliwość zupełnego zdjęcia zatyczki.

Na koniec drobna uwaga: filtr kupiony w polskim sklepie internetowym dotarł do mnie bez polskiej instrukcji. Oczywiście jego obsługa jest prosta jak konstrukcja gwoździa, a dwa rysunki na obudowie urządzenia wyjaśniają właściwie wszystko. Większość z nas zna też angielski. Czy jednak dostarczenie takiej instrukcji nie jest to obowiązkiem polskiego dystrybutora? Moje prośby o tłumaczenie, wysłane mailem do firmy, pozostały bez odzewu. Minus, tym razem za obsługę polskiego klienta.

2. Sawyer Mini

Na kilka tygodni przed wyjazdem do Iranu dotarł w moje ręce inny filtr, Sawyer Mini. Zasada działania jest w nim bardzo podobna: mikroporowa membrana o przepuszczalności 0,1 mikrometra (a więc dwukrotnie gęstsza niż Lifestraw). Ma minimalnie większą średnicę niż Lifestraw, jest jednak niemal dwukrotnie krótszy i ma niemal taką samą wagę (59 g). Usuwa bakterie i pierwotniaki w takim samym stopniu jak Lifestraw.

sawyer_mini

To co od razu zwróciło moją uwagę, jeszcze zanim otworzyłem opakowanie z filtrem, to jego wydajność: 100 000 galonów, a więc 380 000 litrów wody. 380 ton! Ciekawe jak producent to ustalił, bo nie sposób przepuścić takiej ilości na próbę przez mały filtr? Jeśli ta wartość jest prawdziwa, to mamy do czynienia z produktem na całe życie, bo nawet filtrując 5 litrów dziennie, potrzebowalibyśmy 200 lat by osiągnąć tą wielkość. Oczywiście przy założeniu, że jego membrana nie zestarzeje się, a filtr nie zatka, co wymaga regularnego oczyszczania.

No właśnie, oczyszczanie. Filtr jeden z kilku elementów, jakie znajdziemy w opakowaniu. Oprócz niego jest m.in. plastikowa strzykawka o pojemności 60 ml, służąca do przepłukiwania filtra (ang. backflushing). Dolna i górna końcówka filtra są do siebie dość podobne, więc aby uniknąć pomyłki, strzałka na obudowie pokazuje kierunek, w jakim powinna płynąć filtrowana woda. Gdy jej przepływ stanie się zauważalnie wolniejszy oznacza to, że musimy oczyścić urządzenie. W tym celu nabieramy czystej wody do strzykawki, przykładamy ją do wylotu filtra i przepuszczamy strumień wody w kierunku odwrotnym do pokazanego strzałką. Kilka razy powtórzony, taki zabieg powinien przywrócić urządzeniu żywotność. Strzykawka, choć zajmuje nieco miejsca w bagażu, nie waży niemal nic.

filtr_do_wody_backflushing

Mocowanie strzykawek do przepłukiwania filtrów: Sawyer Mini (góra) i PS01 Diercon (dół)

Wodę oczyszczamy na dwa sposoby. Pierwszy, to wykorzystanie filtra jak słomki, którą zanurzamy w źródle wody. Pomaga w tym krótka rurka, będąca wygodnym przedłużeniem filtra. Drugim, znacznie wygodniejszym, jest skorzystanie ze składanej butelki, dołączonej w zestawie. Po jej napełnieniu wodą nakręcamy ją na filtr, którego dolna część wyposażona jest w gwint taki, jak nakrętka butelki. Połączony z butelką filtr kierujemy wylotem ku dołowi – wprost do ust lub do pojemnika na czystą wodę i ściskamy. Zestaw wymaga użycia niewielkiej siły, aby woda przepływała przez włókna we wnętrzu filtra, ale ściskając ją, zużywamy dużo mniej energii niż dziesiątkach ruchów pompką. Woda wypływająca pod ciśnieniem z filtra nadaje się od razu do picia. Tempo oczyszczania wody zależy od ciśnienia przyłożonego do butelki. W ciągu 2-2,5 minuty cała jej objętość jest zdatna do picia, zazwyczaj bez smaku i zapachu.

filtr_do_wody_sawyer_mini

Teoretycznie gwint, w jaki wyposażony jest filtr, może być nakręcony nie tylko na butelkę PET, ale także na gwint niesionego w plecaku camelbaga. Niestety, tylko teoretycznie, gdyż w zestawie z filtrem nie ma rurki tak długiej, by z głębi plecaka mogła sięgać na zewnątrz do ust. Można oczywiście próbować składać taki zestaw samemu, ale bez gwarancji, że np. rurka i filtr nie rozłączą się w trakcie marszu. Chętnie widziałbym taki wężyk, jako dodatek do filtra, nawet za dodatkową kasę. Firma Sawyer oferuje co prawda zestawy do filtrowania grawitacyjnego, oparte na 2-litrowym zbiorniku wody, są one jednak pięciokrotnie droższe od modelu Mini.

Dużym plusem jest uniwersalność gwintu, przez co Sawyer Mini pasuje do większości butelek po napojach. Zamiast dołączonej do zestawu 450-ml butelki można zamocować do niego większą, przyśpieszając tym samym filtrowanie. Po przykręceniu np. 3-litrowej butelki z odciętym dnem i powieszeniu jej do góry nogami, otrzymamy prosty zestaw do grawitacyjnego filtrowania wody.

Jeśli wierzyć danym producentów, przy cenie zbliżonej do LifeStraw, model Sawyera wykazuje też znacznie większą żywotność, choć co do tego mam wątpliwości – kto to testował i jak? Pomijając ten jeden szczegół – okazał się znacznie bardziej wszechstronny i wygodniejszy, w moim odczuciu bijąc konkurenta na głowę. Podczas mojej wędrówki po Iranie przefiltrowałem za pomocą Sawyera setki litrów wody, zostawiając Lifestraw w plecaku, jak rezerwę, której użyłem jedynie na próbę i tylko kilka razy w czasie tej wyprawy.

Czy ma jakiś minus? Po wielu tygodniach używania uznałem, że jeden: pojemność dołączonej butelki. Gdy konieczne jest oczyszczenie kilku litrów wody, wielokrotne napełnianie i opróżnianie zabiera sporo czasu. Butelki o pojemności 1-1,5 litra byłaby znacznie praktyczniejsza.

Konieczności proszenia polskiego dystrybutora o polską instrukcję na szczęście nie było – dotarła do mnie razem z całym zestawem.

3. PS01 Diercon

Ten model wpadł w moje ręce dzięki znajomym z forum NGT.pl. Miałem go najkrócej, jednak miałem okazję używać go w Polsce, po powrocie z Iranu.

Wymiarami przypomina Lifestraw, choć jest od niego jednak 5 cm krótszy, waga to 56 g, a więc dorównuje wyżej omówionym. Posiada wszystkie funkcje Sawyera Mini. Oprócz filtra w zestawie otrzymujemy małą (5 ml) strzykawkę, gumową rurkę oraz składaną butelkę z korkiem przypominającym te w bidonach rowerowych.

Istotną różnica w przypadku PS01 jest wkład z węgla aktywowanego, zatrzymujący wirusy i potencjalnie szkodliwe związki chemiczne. Usuwa on nieprzyjemny smak wody. Tu jednak ważne zastrzeżenie – żywotność takiego wkładu to około 100 litrów. Po tym czasie zdolność do usuwania chemikaliów poważnie spada, a sam filtr działa już tak, jak pozostałe tzn. dzięki wkładowi z włókien kapilarnych.

diercon_ps01

Wszystkie trzy modele testowane były w tych samych źródłach wody. Mimo różnic w wykonaniu, nigdy nie odczułem jednak różnicy nie zauważyłem różnicy w skuteczności, a więc w smaku lub zapachu wody oczyszczanej każdym z trzech filtrów. Tam, gdzie woda przefiltrowana przez Lifestraw i Sawyer Mini ciągle pachniała mułem, model Diercona nie sprawdzał się lepiej. Dodatkowy wkład węglowy, mający niwelować smak i zapach wody wywołany rozpuszczonymi w niej związkami, nie dawał żadnych lepszych rezultatów od pozostałych, mechanicznych urządzeń.

Podobnie jak w przypadku modelu Sawyera, plusem jest możliwość oczyszczenia filtra poprzez backflushing, za pomocą dołączonej strzykawki. Tu jednak pojawia się duże ALE: pojemność strzykawki jest znikoma w porównaniu z objętością filtra (ma około 5 ml), co sprawia, że nawet kilkukrotne przepłukanie go wodą może nie być skuteczne. Tak mała strzykawka nie wytworzy po prostu dostatecznego ciśnienia, które usunie osad z wnętrza. Nawet jeśli się to uda, przepłukanie filtra wymaga więcej pracy niż w modelu Sawyera. To pierwsza rzecz wymagająca poprawy.

Także model Diercona posiada niewielką, składaną butelkę (o pojemności 480 ml, a więc tylko minimalnie większej niż w poprzedniku)  i uniwersalny gwint do jej nakręcenia. O ile sama butelka nie wymaga komentarza, zaniepokoił mnie gwint do jej mocowania na filtrze: podczas jej nakręcania „przeskakuje”, utrudniając szczelne nakręcenia na filtr. Winę za to ponosi prawdopodobnie zbyt miękkie tworzywo, z jakiego wykonano dolną część filtra, co w przyszłości może owocować uszkodzeniem gwintu i nieszczelnym połączeniem. Tymczasem w modelu Sawyera gwint jest sztywny i butelka po zamocowaniu stawia wyraźny opór, oznajmiając, że zestaw został prawidłowo skręcony.

filtr_do_wody_ps01_diercon

Plusem jest długa, elastyczna rurka, która ułatwia picie wody niczym „przez słomkę”, bez nurkowania twarzą w jeziorze, potoku czy kałuży (patrz – zdjęcia poniżej). Ma ok. 40 cm, jednak nie jest dość długa, by „wypuścić” ją na zewnątrz plecaka, jako rurkę od Camelabaga. Uwaga taka sama, jak do Sawyera Mini – ta dodatkowa funkcjonalność byłaby mile widziana.

Deklarowana przez producenta wydajność to 1500 litrów, a więc nieco więcej niż Lifestraw.

filtr_do_wody_ps01_diercon

Picie wody przez filtr Diercona – zdecydowanie najwygodniejsze.

filtr_do_wody_sawyer_mini

Przez urządzenie Sawyera – już znacznie mniej.

filtr_do_wody_lifestraw

Przez Lifestraw – to już prawie twarzą w wodę.

Rozmiar

Poniższe zdjęcie przedstawia kompletne trzy modele. U góry, leży poziomo filtr Lifestraw. Niżej dwa zestawy: Sawyer Mini po lewej i PS01 Diercon po prawej.

filtr_do_wody_porownanie

Użytkowanie zimą

Jeśli planujesz wędrować zimą i używać któregoś z filtrów w ujemnych temperaturach, musisz wykazać się specjalną dbałością o niego. Wkład filtrujący wewnątrz urządzenia nie może zamarznąć! Jesli to nastąpi, rozszerzające się na mrozie kryształy lody nieodwracalnie uszkodzą włókna filtrujące i Twój filtr stanie się niczym więcej, jak dość kosztowną słomką do napojów.

Cena

Na koniec słowo o cenach – w polskich sklepach internetowych wyglądają one następująco (wiosna 2015 r.):

  • Lifestraw – 105 – 115 zł
  • Sawyer Mini – 129 – 159 zł
  • PS01 DIERCON – 90 zł

Koszt zakupu każdego z filtrów jest porównywalny, nie brałem go więc pod uwagę jako kryterium w tym porównaniu. Jeśli jednak cena miałby znaczenie, PS 01 Diercon ma pierwsze miejsce.

Podsumowanie

Który z tych trzech modeli najchętniej zabrałbym w teren?

Modele Diercona i Sawyera, dzięki możliwości zamocowania butelek, a przez to łatwiejszemu filtrowaniu, przewyższają wygodą dużo od nich prostszy Lifestraw. Sawyer Mini ma najlepiej rozwiązany sposób oczyszczania filtra (duża i wygodna strzykawka), posiada pewniejszy sposób mocowania elastycznej butelki i jest nieco mniejszy.

Model Diercona posiada, jako jedyny, wkład z węgla, jednak przy żywotności na poziomie 100 litrów ta funkcjonalność traci na dla mnie na znaczeniu – podczas trekingu takiego, jak w irańskich górach Zagros, jego działanie skończyłoby się po 3 tygodniach. Fakt, iż wkład węglowy nie jest wymienialny sprawia, że zysk, jaki daje jest w dłuższym czasie znikomy. W przypadku modelu PS01 należałby też poprawić strzykawkę do przepłukiwania filtra oraz gwint do mocowania butelki.

Deklarowaną wydajnością wszystko, co dostępne jest na rynku, bije na głowę Sawyer Mini, choć znowu – jak sprawdzić deklarowaną przez producenta objętość wody liczoną w setkach ton? Bardzo, bardzo jestem tego ciekaw! Jednak nawet gdyby była ona mocno przesadzona, mój wybór pada na ten właśnie model. PS01 Diercona znalazł się na drugim miejscu, zaś Lifestraw byłby co najwyżej awaryjnym urządzeniem, które trzymałbym jako zapas, w plecaku.

Dziękuję firmie Adventure Squad oraz forum sprzętowemu NGT.pl za możliwość skorzystania ze sprzętu do niniejszego testu.

Dołącz do dyskusji 32 komentarze

  • Yatzek napisał(a):

    No Łukaszu, dzielnie i rzetelnie zmierzyłeś się z laniem wody przez filtr. 🙂
    Mam te same trzy filtry, ale Sawyer dojechał w tygodniu, więc jestem dopiero na wstępnym etapie testów, choć widzę sporo zbieżnych wniosków. Dalsze testy pokażą, gdzie zbieżność pozostanie, a gdzie i czy nastąpią różnice.
    Diercona już sprawdziłem w boju, LifeStraw przeszedł wstępny test, Sawyer jest w kolejce, a później testy równoległe.

    Gratuluję dobrze przeprowadzonego testu jak i przygód okołotestowych.
    Do spotkania na szlaku!

  • Konrad Adam Mickiewicz napisał(a):

    Dodalbym do tego „cywilna” butelke bubble z DUKI za piec dych…. filtr weglowy na ok 100L

  • Trep napisał(a):

    Ale filtr węglowy z Duki to służy do tego co filtry Brita. Zatrzymuje posmak chloru i rur z wody pitej z kranu. Nie służy do oczyszczenia wody z drobnoustrojów.

    Zresztą pytanie mam też do samego tekstu Łukasza: jak wkład węglowy może zatrzymać wirusy? Przecież to jakiś absurd.

    Pytanie nr dwa: Ta ilość litrów / żywotność Sawyera to czysta teoria. Strzelam, że po kilku tysiącach litrów membrana będzie już zapchana bakteriami i wirusami, nawet jak się je przepłucze wodą to przecież i tak nie usuniemy wszystkich… a te co zostaną przenikną na „bezpieczną stronę”. Co więcej będą sobie na takiej membranie żyć i czekać na kolejną wyprawę. Oczywiście można to wymoczyć w domu w tabletkach typu Micropour ale czy rozbieralność filtra umożliwi pełną penetrację chlorków i srebra w celu odkażenia całości? Czy chlor nie zaszkodzi delikatnej membranie? Zaciekawił mnie ten wyrób ale póki co jest dla mnie jedynie ciekawostką marketingową a nie praktycznym urządzeniem. Podobnie jak te wszystkie słomki do picia… W jednej już wyhodowałem grzyba i nie nadaje się do użytku mimo regularnego płukania. Zwykły gadżet a nie rzecz która ma nas uratować przed chorowaniem. Dziękuję postoję.

    • Łukasz Supergan napisał(a):

      Co do węgla – nie, nie jest to absurd, gdyż niektóre odmiany węgla aktywnego zatrzymują wirusy. Nie wszystkie jednak i nie w każdych warunkach, zależy to m. in. od pH. Oczywiście przepraszam za nieścisłość.

      Zgadzam się, że żywotność na poziomie 380 tysięcy ton wody to teoria, bo nie wiem jak można to sprawdzić. Czy membrana będzie zapchana już po kilku tysiącach – chyba niekoniecznie, gdyż temu właśnie ma zapobiec przepłukiwanie (backflushing) i odkażanie. Związki chloru, takie jak w tabletkach do odkażania wody, nie powinny uszkadzać membrany filtra. Producent nie podaje z jakiego tworzywa są ona robiona, ale moim zdaniem może to być to polipropylen lub polisulfon. Ten pierwszy koroduje w kontakcie z woda chlorowaną, ten drugi jest odporny chemicznie. Trzeba by zapytać producenta 🙂 Co do mnie, mogę tylko dzielić się własnymi doświadczeniami z każdym z tych urządzeń, a fakt, że podczas 76 dni w irańskich górach nie chorowałem więcej niż raz świadczy, że chyba nie jest to tylko zabawka.

      Konrad – filtr Bobble z DUKI starczy dokładnie na 150 litrów, ale nigdzie na stronie dystrybutora (butelkazfiltrem.pl) nie mogłem znaleźć z czego jest wykonany.

  • Modpark napisał(a):

    Jak tam brzuch po testach? Żadnych dolegliwości? 😉
    A tak na poważnie to takie filtry to niezbędna rzecz w wyprawach ‚na koniec świata’.

  • misiak76 napisał(a):

    Teraz wiem już czego mi potrzeba w moim ekwipunku, który zmniejszy mój bagaż dźwigany o kilka litrów wody ale istnieje ryzyko że zwiększy ilość wody ognistej 😉 Jeszcze tylko Yatzek opisze swoje odczucia i będzie wszystko wiadomo 😉

  • Tomek napisał(a):

    Będę kupował za kilka miesięcy właśnie taki filtr no i dzięki temu wpisowi wiem już jaki 🙂

  • EwelinaP napisał(a):

    Łukaszu a co sądzisz o filtrze do wody MSR HyperFlow? Trochę drogi w porównaniu do tych,które ty przedstawiasz, a drogi nie znaczy od razu lepszy. Jak sądzisz?

    • Łukasz Supergan napisał(a):

      Bardzo lubię MSR-a i wiele projektów tej firmy, zwłaszcza to, że tworzą system, który można ze sobą łaczyć, jak filtr i pojemnik na wode na przykład. Nie wydaje mi się jednak dużo lepszy. Ma te same parametry, czyli np. tą samą skuteczność filtrowania bakterii i pierwotniaków, a trwałość wkładu to 1000 litrów.

  • Dominik napisał(a):

    Przy tej okazji dorzucę swoje trzy grosze, jako ostrzeżenie, które może przydać się tym, którzy chcą zdać się na filtr o podobnych cechach, jak te z powyższego testu. Chodzi o sposób oczyszczania wkładu – poprzez przelewanie czystej wody w drugą stronę.
    Mieliśmy z kolegami na miesięcznym spływie w Kamerunie filtr grawitacyjny (PLATYPUS GRAVITYWORKS). Na początku działał świetnie, po prostu bez żadnego wysiłku filtrowaliśmy 4 litry wody na raz w ciągu minuty, może dwóch. Nieźle, co? Niestety, tempo filtrowania spadało z każdym dniem, aż w końcu po dwóch tygodniach potrzebował on całej nocy, aby przefiltrować nawet nie cały worek. Dlaczego? Po prostu zapchał się, zanieczyścił, to normalne. Niestety czyszczenie poprzez przelewanie w drugą stronę czystej wody nic, ale to nic nie pomagało. Nawet po powrocie do domu kranówką, wielokrotnie. Może coś z tą wodą było nie tak? Wyglądała na w miarę czystą, normalna rzeczna woda, średnio przejrzysta. Gdy filtr się zapchał, użyłem zapasowego filtra – popularnego modelu MSR MiniWorks EX. Okazało się, że po przefiltrowaniu nim kilku litrów, filtr także się zapchał! Co zrobiłem? Rozkręciłem go i usunąłem warstwę śluzu, która zaległa na ściance wkładu ceramicznego. Po tym zabiegu filtr działał sprawnie, choć oczywiście po kilku litrach znów wymagał czyszczenia.
    Problem w tym, że element filtrujący w Platypusie się nie rozkręca (pomimo usilnych prób). Jego żywotność producent określa na 1500 litrów (my przefiltrowaliśmy moooże 250 l). Z kolei koszt nowego wkładu to 250 zł, czyli połowę ceny tego filtra.
    Podsumowując – nie twierdzę, że testowane przez Łukasza filtry także zatkałyby się i nie dały się oczyścić. Ale mając to doświadczenie za sobą nie zdecyduję się już na zakup filtra, którego nie można czyścić mechanicznie, a jedynie czystą wodą w drugą stronę.

    • Łukasz Supergan napisał(a):

      Cześć Dominik! Dzięki za te spostrzeżenia. Przypadłością filtrów ceramicznych jest konieczność regularnego czyszczenia ich z osadu, zazwyczaj producenci dołączają do nich specjalne szczotki czy skrobaki. Nie spodziewałbym się jednak, że może to nastąpić tak szybko, po około 200 litrach. Mój Sawyer Mini przefiltrował przynajmniej 250 litrów i choć przepłukiwałem go czystą woda tylko kilka razy, skuteczność filtrowania jest taka, jak na początku. Nic nie wskazuje na zatykanie się filtra. Na Twoim miejscu, po przefiltrowaniu tylko 250 litrów, oddałbym go do reklamacji.

      Wydajność 1500 litrów w sytuacji, gdy musisz wydać 250 zł na nowy wkład wydaje mi się mało ekonomiczna. Dlatego też nie poleciłbym tego modelu. Na szczęście ten, który mam działa poprawnie i właśnie wyjechał na wyprawę do Boliwii. Zobaczymy, jakie wrażenia przywiezie kolega, który go pożyczył.

      • Oscyp napisał(a):

        z drugiej strony pomyślcie, że skoro się zapycha tzn, że działa 🙂 a jeśli przez filtr działający na podobnej zasadzie przeleci 1500l wody i nadal leci bez przeszkód – to może on w ogóle niewiele filtruje? zastanawiałem się czy optymalnym rozwiązaniem nie było by najpierw potraktowanie wody jakąś katadyną, a później przepuszczenie przez dowolny filtr mechaniczny żeby pozbyć się ew. „aromatów”.

  • Zosia napisał(a):

    Cześć łukasz,
    bardzo rzetelny opis, dzięki 🙂 A co myślisz o butelkach Water-to-Go? Dziwnym mi sie wydaje, że wystarcza on tylko na ok 2 mce.

  • gość napisał(a):

    Czy planujesz umieścić tu „długodystansowy” test filtra?

    Ciekawy jestem jak będzie z jego skutecznością i zapychalnością po roku-dwóch intensywnego użytkowania. Czy membrana się nie przerwie itp

  • Dominika napisał(a):

    Podłączam się do pytania, co sądzisz o butelkach Water-to-Go?

    • Łukasz Supergan napisał(a):

      Dobrą stroną jest fakt, że eliminuje część zanieczyszczeń chemicznych. Prawdopodobnie robi to filtr węglowy. Żywotność filtra to jednak 200 litrów, przy cenie nowego 50 zł.

      Podoba mi się tekst ze strony: „System sprawdza się doskonale filtrując wodę z kranu jak również z innych źródeł takich jak strumienie, a nawet wodę deszczową”. Biorąc pod uwagę, że deszczówka jest woda destylowaną, jej filtrowanie faktycznie ma sens 🙂 Sam opis filtra jest zresztą dość niezrozumiały. Na razie zostanę przy tym, który mam.

      • Oscyp napisał(a):

        ciekawe natomiast jest to, że producent deklaruje także że filtrowane są również wirusy czego próżno szukać w innych produktach w tej cenie, na swojej stronie zamieszczają nawet rzekome badania niezależnych laboratoriów – ale wiadomo, że nikt z nas nie jest w stanie stwierdzić jakie próbki tam badano. Fajnie by było gdyby ktoś wypowiedział się z własnego doświadczenia, a może ktoś robił jakieś testy?

        • Łukasz Supergan napisał(a):

          Mam wątpliwości, ponieważ opisywane filtry mają podobną średnicę porów, a ta uniemożliwia filtrowanie wirusów – są mniejsze niż 100 nm. Na pewno filtrują bakterie i pierwotniaki.

          • Oscyp napisał(a):

            Po powrocie z wyprawy wracam również tutaj aby podzielić się spostrzeżeniami:

            Kupiłem Water-To-Go i jestem raczej średnio zadowolony. Przede wszystkim rozwiązanie nie jest szczelne – gdy tylko filtr/bidon leży bokiem lub do góry nogami, po chwili z ustnika zaczyna kapać przesączona przez filtr woda. Potwierdziły się także opinie znalezione gdzie indziej w internecie, że ostatnia produkowana seria jest bardzo sztywna i ciężko jest używać tego bidonu np. do płukania owoców ponieważ bardzo ciężko jest „wycisnąć” z niego wodę (choć jest to jednak możliwe i korzystałem z tego). Samo picie przez ustnik nie sprawia większych problemów, ale zdecydowanie trzeba mocniej zasysać niż napój przez słomkę – ale taki już urok gęstych filtrów, fizyki się nie oszuka. Bidon nie ma też jakiegokolwiek systemu uchwytu (czy to opaska czy karabińczyk). Powyższe to jednak tylko walory użytkowe czy funkcjonalne.

            Jeśli chodzi natomiast o najważniejsze, czyli zdolność filtrowania wody to raczej jest ok. Rzeczywiście filtruje coca-colę do czystej bezsmakowej wody, należy mieć jedynie na względzie, że częste filtrowanie bardzo zanieczyszczonej wody może w krótkim czasie doprowadzić do mocnego zapchania filtra i korzystanie z niego będzie bardzo uciążliwe.

            Po wyprawie zastanawiałem się czy jednak nie lepiej było kupić np. LifeStraw z podwójnym filtrem (mechaniczny + węglowy), ale co by nie mówić to jest on ponad 2x droższy więc…. na jednorazową wycieczkę Water-To-Go może być. Na wiele wypraw kupiłbym jednak coś innego.

            Mam nadzieję, że komuś ten opis okaże się pomocny. Pozdrawiam.

        • marcin napisał(a):

          W minione wakacje (dziś już 1 września 2017) korzystałem z Water-To-Go. Wybrałem go bo:
          – Jako jedyny z w miarę tanich usuwa wirusy
          – Jako jedyny został przetestowany w kilku niezależnych laboratoriach a nie w Ping-Pong Uniwersity of Pure Water. Testy przeprowadziła m.in BCS ze Stanów (laboratorium z akredytacją FDA), Uniwersytet Medycyny Tropikalnej z Anglii, i Aquanet z Polski. Ci ostatni do testu wykorzystali wodę z rowu melioracyjnego.
          – Jest od razu z butelką, ma bardzo prostą obsługę a 200litrów wydajności to sporo jak dla mnie.
          – Można go czyścić metodą backflush i wysuszyć zachowując na późnej (o to dopytałem ekstra).
          – Najkrótszą żywotność ma warstwa węglowa (200litrów), która poprawia smak i zapach. Warstwa separujaca zanieczyszczenia biologiczne ma żywotność kilkukrotnie większą. To taki sygnalizator zużycia. Jak woda z filtra nadal ma zapach bajora, to znaczy że filtr się kończy, ale woda z niego nadal jest bezpieczna.
          – Sama wielkość porów ma mniejsze znaczenie, bo to nie jest filtr typu sito, tylko rodzaj elektrofiltra.
          Butelkę testowałem na sobie, przy pomocy wody z takich rzek jak : Przemsza Czarna i Biała, Brynica, Soła. Brałem wodę z zalewów, jezior i leśnych stawów. Unikałem tylko wody która ewidentnie śmierdziała i tej z glinianek. Woda za każdym razem była dobrze oczyszczona, bez koloru, czasem z minimalnym zapachem. Żadnych problemów żołądkowych. Test na kranowej pozwolił nawet usunąć osad z herbaty.
          Minusem WTG jest sztywność butelki i kiepski odpowietrzacz. Trza ssać i ściskać. Do nalewania warto wziać jakikolwiek plastikowy kubeczek, żeby nie zanurzać butelki w brudnej wodzie.
          W relacji cena/jakość bije wszystkich na głowę. Jest jeszcze kilku producentów którzy korzystają z tej technologii, ale żaden nie ma dystrybutora w Polsce.
          Porównywalna jakościowo jest butelka Aquamirra Frontierr z czerwonym wkładem. Najbliższe miejsce gdzie można go kupić to Anglia – cena w przeliczeniu jakieś 220-250pln.

  • joanna napisał(a):

    okej moje pytanie, skąd mam wiedzieć że zywotnosc filtra sie juz skonczyla przeciez nie bede sobie zapisywac na kartce ile wody juz przefiltrowałam?

  • […] do sprawy metodycznie. Dokładnie opisał kwestie pozyskiwania wody na wyprawie oraz przeprowadził test trzech filtrów. Ja na tych kwestiach znam się słabo, więc odsyłam do […]

  • […] do sprawy metodycznie. Dokładnie opisał kwestie pozyskiwania wody na wyprawie oraz przeprowadził test trzech filtrów. Ja na tych kwestiach znam się słabo, więc odsyłam do specjalisty. Ujęcie wody we […]

  • Marcin napisał(a):

    Mam pytanie. Do używania z wodą kranowa reklamują butelki brita lub booble, ale one mają tylko wkład węglowy i nie zabezpiecza przed ewentualną bakteria w wodzie. Czy można używać na co dzień filtr Sawyer do picia wody z kranu?

  • Mateusz napisał(a):

    A czy ktoś miał okazję przetestować Miniwell L630? Już prawie zdecydowałem się na Sawyer Mini, ale przypadkiem trafiłem na taką nieco tańszą opcję. Używał go ktoś i może podzielić się opinią?

    • marcin napisał(a):

      Miniwele/Survivory i inne brandowe chińskie marki traktuj ostrożnie. Model L630 widziałem już z opisami: gradacja sita 0,1 /0,05/0,01um – zależnie od dystrybutora. Więc tak naprawdę to nie wiadomo jakie ma sito i co filtruje. Model L610 miałem w rekach i jakość wykonania była nieporównywalnie gorsza niż savyera. Jeśli wystarczy ci filtr antybakteryjny to Savyer. Jeśli potrzebujesz rówież filtra antywirusowego i przeciwchemicznego : Water-To-Go albo butelka z filtrem Frontiera z czerwonej linii. Najwięcej zaufania miałbym do S. bo jest najdłużej na rynku. Potem WTG (testowałem) i na koniec Frontiera.

  • Michał napisał(a):

    Bardzo ciekawy i przydatny artykuł. Wybieram się w świat niedługo (Azja, Ameryka Płd.) i chciałbym mieć (awaryjnie) filtr na metale, bakterie, pierwotniaki i wirusy (mam już StriPen i w wysokich zimnych górach momentalnie wysiadły mi baterie). Znalazłem filtry Water to Go, które wedle opisu tak działają. Czy polecacie? Wydajność 130 L jest dla mnie ok., skoro wkład filtra można wymienić. Rozmiar butelki też jest ok.
    https://www.watertogo.eu/filter-facts/
    Z tego co widzę Sawyer nie eliminuje wirusów:
    https://sawyer.com/products/sawyer-mini-filter/
    Pozdrowienia,
    Michał

  • Marcin napisał(a):

    A czy są gdzieś dostępne badania laboratoryjne? Woda przygotowana o określonych parametrach mikrobiologicznych i zanieczyszczeniach na wejściu i wyniki analizy na wyjściu z filtra? Np. w cyklach 100litrów / płukanie / 100litrów itd., np. w perspektywie 1000l? Myślę, że to rozwiałoby wszelkie kwestie.

Zostaw komentarz