Czy trzeba wyjechać na koniec świata aby przeżyć coś niezwykłego? Zastanowiłem się nad tym pytaniem, gdy wróciłem z dwuletniej podróży po Azji. Zdałem sobie wówczas sprawę, że podróżując daleko omijam to, co mam pod przysłowiowym nosem, co prowadzi do tego, że lepiej poznałem góry tadżyckiego Pamiru niż niektóre pasma górskie w swoim kraju.

Czasem tego żałuję, tym bardziej, gdy przekonuje się, że wiele miejsc w Polsce kryje w sobie więcej niż „egzotyczne” kraje na końcu świata, których kultura i tradycja często jest już nadgryziona i przeżuta przez masową turystykę. Za każdym razem cieszę się więc, gdy moja własna Polska potrafi mnie czymś nowym zaskoczyć. Tak było w czasie wędrówki polskim szlakiem świętego Jakuba wiosną zeszłego roku, gdy pozornie nic nieznaczące miejsca otwierały oczy i pokazywały, jak naprawdę wygląda nasz kraj, gdy opuści się wielkie miasta.

Podobnym miejscem okazały się ostatnio niewysokie góry w południowo-zachodniej Polsce. Nie z powodu ludzi jednak, ale pewnego niezwykłego miejsca i historii tych ziem.

„Nie chciałbyś pojechać w Sudety?” – spytali znajomi, wybierający się na weekend w okolice Wałbrzycha. Czemu nie, zwłaszcza, że ostatni raz w tamtej okolicy byłem dwadzieścia lat temu. Okazało się jednak, że nie będzie to pierwszy lepszy wypad. Samochód którym jedziemy już w chwili naszego spotkania załadowany jest sprzętem wspinaczkowym, w pudłach leżą jaskiniowe kombinezony, obok zwinięte w zwoje liny. Zapowiada się ciekawa przygoda, choć o miejscu do którego jechaliśmy nie wiem kompletnie nic. Po kilku godzinach podróży lądujemy w schronisku, skąd po krótkim odpoczynku ruszamy dalej, w stronę Wałbrzycha. Cel – wieś Radzimowice w Górach Kaczawskich.

Góry Kaczawskie? Jeszcze niedawno miałbym problemy z dokładnym pokazaniem ich na mapie Polski. Co może tam być ciekawego, poza wzgórzami porośniętymi lasem? Szybko się o tym przekonałem, gdy już wieczorem dotarliśmy do małej wsi Radzimowice. Nie chcąc narażać się leśnikom zostawiamy wóz na skraju lasu i obładowani sprzętem idziemy ostatnich kilkaset metrów. Gdy stajemy na malej polance, dostrzegam między drzewami metalową kratę, broniącą dostępu do czegoś, co wygląda jak stara studnia pośrodku lasu.

Skąd wielka dziura w lesie? W punkcie gdzie staliśmy, zaczynał się szyb prowadzący do ponad 100-letniej, niemieckiej kopalni. Utworzona w połowie 19. wieku, nazwana „Wilhelm”, wgryzała się w głąb gór, z którym wydobywano rudę miedzi, oraz arsenu, ołowiu, cynku i srebra. Przez lata wydobywano tutaj tysiące metrów sześciennych skał, pogłębiając szyby i drążąc poziome chodniki. Jednym z najbardziej eksploatowanych miejsc Dolnego Śląska była kopalnia nad która właśnie staliśmy, a jej głównym punktem – pionowy szyb zwany „Louis”. Z biegiem lat górnicy przebijali się do coraz głębszych pokładów, szyby którymi transportowano urobek stawały się coraz głębsze. Na początku 20. wieku „Louis” liczył już prawie 200 metrów. Niestety, spadek cen na rynku miedzi zakończył jej działalność po pierwszej wojnie światowej. Po latach do kopalni zeszli żołnierze Armii Czerwonej, poszukujący ukrytych przez hitlerowców skarbów. Potem miejsce zostało zapomniane i… kompletnie niezabezpieczone. Stalową kratę z grubych prętów założono po tym, jak przed laty na dnie znaleziono zwłoki. Od lat 90. odwiedzają je jednak podobni do nas wariaci.

Tak naprawdę plan całego przedsięwzięcia poznałem właśnie tam, gdy stanęliśmy na polance, wokół kraty osłaniającej górny otwór szybu. Rzut oka w dół – dna nie widać nawet w świetle najsilniejszej latarki. „Jak głęboko?”. „Do dna mamy osiemdziesiąt metrów” – pada odpowiedź. Wypuszczam powoli powietrze. Kawał drogi w dół. Największy zjazd jaki kiedykolwiek wykonałem na linie. Wspinaczki w Tatrach przyzwyczaiły mnie do wysokości, tam jednak człowiek ma zawsze kontakt ze skałą, która nawet gdy jest pionowa, daje złudzenie bezpiecznego oparcia. Tutaj mamy pod nogami 25 pieter pionowej studni i swobodny zjazd, który raz zaczęty trudno będzie zatrzymać. Cała drogę w dół trzeba pokonać bez kontaktu ze skałą, wisząc w pustce. Zakładam i reguluję uprząż, sprawdzam sprzęt, ale wątpliwości nie dają spokoju. Przychodzi myśl, aby się wycofać, pozostać bezpiecznym tutaj, na powierzchni, czekając kilka godzin na resztę zespołu. Jakaś inna część umysłu podpowiada jednak, że wszystko jest przygotowane i nic mi nie grozi, nie ma powodu aby rezygnować z czegoś, co będzie pierwsza taką przygodą w życiu. Obserwuję, jak Mariusz i Paweł instalują na kracie podwójne stanowisko zjazdowe, ale cały czas mam wątpliwości.

Pierwsza osoba wchodzi do wnętrza, gdzie czekają już dwie liny. Przypięta dla bezpieczeństwa do kraty, w świetle czołówki wpina w jedną z lin przyrząd zjazdowy, w druga urządzenie asekuracyjne. Tak zdublowany zestaw zapewni każdemu z nas bezpieczeństwo; gdyby jedna z lin zawiodła zawsze zostaje druga, gdy utracisz kontrole nad zjazdem zatrzyma cię przyrząd awaryjny. Co jednak mogłoby zawieść? Wszystko jest sprawdzone i pewne, zawieść jednak może człowiek, jego przypadkowy błąd lub chwila strachu. Już po chwili pierwsza dwójka zjeżdża, a my obserwujemy stojąc wokół otworu jak światła ich  czołówek przesuwają się dalej i dalej. Wydaje się, że jadą strasznie wolno, ale gdy są już tylko dwoma punktami w otchłani można zobaczyć, jak głęboki jest szyb. Mija kwadrans, zanim kolejne dwie osoby mogą zacząć zjazd. Obserwuję ich uważnie. Przygoda kusi, ale cały czas mam wątpliwość czy naprawdę chcę to zrobić?

radzimowice1

radzimowice2

radzimowice3

Po długim oczekiwaniu słyszę z dołu niewyraźny okrzyk. Lina jest wolna, zjeżdżam sam, ostatni. Na górze zostaje Konrad, który pilnować będzie stanowiska zjazdowego, naszego łącznika z powierzchnią. Jeśli nie damy znaku życia do trzeciej w nocy, wezwie pomoc.

Do jednej liny wpinam rolkę zjazdową. Do drugiej automatyczny przyrząd, który zablokuje niekontrolowany zjazd, jeśli taki mi się przydarzy. Wpełzam pod kratę trzymając się jej cały czas i szeroko rozstawiając nogi, by utrzymać się na starym, betonowym zrębie otaczającym szyb, przesuwam obydwa urządzenia maksymalnie ku górze. Odpinam krótką taśmę, która łączy mnie z kratą i opuszczając się pomału, zawisam na stanowisku zjazdowym. Puszczam dłoń zaciśniętą na prętach i teraz tylko dwie liny oraz kilka taśm są jedynym, co trzyma mnie wiszącego ponad pustką. Szaleństwo w mojej głowie. Robiłem już takie rzeczy wcześniej, ten pierwszy raz po długim czasie jest jednak zawsze najtrudniejszy. Dwadzieścia pięć pieter pode mną. Oddycham głęboko kilka razy, by zmusić się do logicznego myślenia. Klamka zapadła, teraz już tylko w dół. Odblokowuję rolkę zjazdową i obserwuję, jak lina zaczyna pomału przesuwać się między metalowymi krążkami. Pięć centymetrów, dziesięć, dwadzieścia… Betonowy filar zaczyna uciekać mi spod stóp, zjeżdżam w pustkę. Metr, półtora, dwa… Krąg światła, rzucany przez latarkę Konrada blednie. Ostrożnie manewruję, by nie dopuścić do tarcia lin o betonowe elementy. Po minucie jestem już sam, w kompletnej ciemności. Tylko mała plama światła, rzucana przez latarkę na moim kasku, rozprasza absolutną ciemność.

Dziwne myśli przychodzą do głowy, gdy wisisz w ciasnej przestrzeni skalnego komina, mając pod sobą 25 pieter pustki. Światło twojej czołówki pozwala dostrzec jedynie kilka najbliższych metrów, wszystko inne jest tylko czernią. Jedynym ogniwem, jakie łączy cię ze światem żywych są dwie liny, każda grubości małego palca. Gdy zawiodą one lub punkty do których są zamocowane, 80 metrów powietrza i twarda skała na dole szybko wystawią ci rachunek z twojej śmiertelności. Kołyszesz się, uczepiony dwóch cienkich żył, a w głowie kołacze ci pytanie Brudnego Harry’ego: „czy mam dzisiaj szczęście?”

Po jakiś dwudziestu metrach dostrzegam, że sprzęt jaki mam, nie działa najlepiej. Rolka, wilgotna i rozgrzana tarciem o linę, nie wyhamowuje zjazdu dostatecznie mocno. Gdy zdejmuję z niej dłoń, samoczynny hamulec zaciska się, ale lina nadal pomału wyjeżdża z przyrządu. Coraz trudniej kontrolować mi zjazd, kurczowo zaciśnięte dłonie męczą się szybko, aż w pewnej chwili moment nieuwagi sprawia, że urządzenie asekuracyjne na drugiej z lin zaciska się. Wiszę bezradnie, trzymając prawą dłonią rolkę, lewą próbując odblokować hamulec. Nie da rady zakleszczył się na amen. Muszę sięgnąć w dół, by z liny na której zjeżdżam, założyć pętlę, którą owijam wokół stopy. Dopiero stanąwszy w niej mogę odciążyć moje przyrządy i otworzyć zablokowany hamulec. Wszystko to na sprężynującej góra-dół linie, cały czas kilkadziesiąt metrów w górze. Mocuję się, operując lewą ręką, prawą przyciągając się do liny w niewygodnym przykurczu. Gdy się wreszcie udaje mogę odetchnąć i kontynuować zjazd, po to tylko, by kawałek niżej stało się to samo. Kolejna próba odblokowania hamulca, kolejne improwizowanie na linie, próba podciągnięcia się choćby o kilkanaście centymetrów. A między tymi manewrami długie odcinki, w trakcie których omiatam wzrokiem pionowe powierzchnie łupków tworzące studnię. Na dno szybu docieram zmęczony, a to przecież dopiero początek przygody.

Dno – tak naprawdę nie jest to jeszcze dno. Stoimy w bocznym korytarzu, osiemdziesiąt metrów poniżej powierzchni, rzeczywisty koniec szybu znajduje się jeszcze sto metrów niżej. To co widzimy poniżej, to jedynie korek, zwały kamieni i śmieci, które zablokowały dostęp do dalszych partii kopalni „Wilhelm”. Kto wie, może przypadkowe uderzenie rozbiłoby owo wiszące rumowisko, otwierając drogę jeszcze dalej? Nikt z nas tego jednak nie zrobi, poza tym jesteśmy tu, gdzie chcieliśmy.

radzimowice4

radzimowice6

Od szybu „Louis” odchodzi w bok wąski korytarz. Z zaskoczeniem stwierdzam, że jest kompletnie zawalony starymi karoseriami samochodów. Podobno wrzucali je tu miejscowi złodzieje. Korytarz jest wąski, w wielu miejscach zalany wodą po kostki, pełen błota. W wielu miejscach strop podpierają stuletnie drewniane stemple, których staramy się nie dotykać. Przechodzimy pod nimi szybko, na wstrzymanym oddechu. Dnem biegną resztki torów – to nimi jeździły wagoniki transportujące urobek w stronę szybu. Ściany są nieregularne, bardziej przypominają jaskinię, niż porządnie wyrąbany chodnik, o tym, że wykuły go ręce człowieka świadczą jednak metalowe kotwy, na których przed wiekiem wisiały lampy elektryczne. Wszelki metal jest już dawno zżarty rdzą, ale drewniane elementy trzymają się jeszcze bardzo dobrze.

radzimowice7

Kilka zakrętów dalej chodnik dociera do dużej sali, za którą czeka nas kolejny zjazd, tym razem wzdłuż pochyłego korytarza, który wcześniej ktoś ubezpieczył drabinami. Czy pamiętają okres świetności kopalni przed I wojną? Wątpliwe, wolimy im jednak nie ufać i asekurujemy się liną.

Powoli kopalnia przestaje być kopalnią. W trudniej dostępnych zakamarkach pojawia się już ładna szata naciekowa, typowa dla jaskiń. Gdy przyglądam się uważnie ścianom dostrzegam, że w wielu miejscach pokrywa je błyszczący nalot, jakby delikatny meszek, złożony z ledwie dostrzegalnych kryształów. Białe, żółte, czerwone, granatowe – woda sącząca się przez skałę wypłukuje związki miedzi, ołowiu i arsenu, które zbierają się powierzchni skały. Wiele fragmentów do złudzenia przypomina malachit. W miejscach, gdzie wody płynie więcej, granatowa lub czerwoną ścianę przecina wstęga odkładającego się, żółtego osadu.

radzimowice8

Przez kilka godzin zaglądamy w kolejne miejsca, szukając przejść, schodząc na niższe poziomy i zawracając, gdy trafimy na ślepe zaułki. Im niżej, tym trudniejszy staje się dostęp do kolejnych partii. Choć jesteśmy już ponad sto metrów poniżej otworu wejściowego, wiemy, że pod nami czekają jeszcze setki metrów kolejnych korytarzy. Dostęp do nich jest jednak odcięty. Nawet tu gdzie jesteśmy, wiele miejsc okazuje się nieosiągalnych. Z trudem pokonujemy miejsce, gdzie fragment chodnika zawalił się, tworząc kilkumetrową dziurę. Omijamy ją wąską półką skalną, wykonując niemal szpagat i chwytając się niepewnych stempli. Gdyby któryś z nich obsunął się, pechowiec wylądowałby w błotnistej wodzie poniżej, przygnieciony balem drewna. Próbujemy dojść jak najdalej, w pewnej chwili docieramy jednak do punktu, gdzie chodnik zalany jest do wysokości metra. W samych tylko kaloszach, bez kombinezonów, pontonu, dodatkowych lin do ubezpieczenia niepewnych miejsc, nie jesteśmy w stanie dalej się zapuścić. Paweł, ubrawszy wodery, odważa się wejść głębiej w zalany korytarz, ale eksploracja w pojedynkę jest zbyt ryzykowna. Trzeba wracać.

radzimowice5

Dwoje z nas idzie do przodu, trzy osoby badają jeszcze ostatni korytarz w dolnej części. Nagle zostaję sam. Nie docierają do mnie niczyje głosy. I wtedy ze zdziwieniem odkrywam, że nie pamiętam drogi jaką się tędy dostaliśmy. Wracam na górny poziom kopalni, ale w miejscu gdzie się znajduję, otaczają mnie tylko zalane wodą chodniki. Przejścia nie ma. Decyduję się nie ryzykować, siadam pod ścianą i gaszę latarkę. Pewnie coś podobnego, ale podniesionego do potęgi, odczuwaliby bohaterowie „Podróży do wnętrza Ziemi” Verne’go – gdyby byli prawdziwi, oczywiście: poczucie kompletnej izolacji od świata i ludzi, absolutnej pustki wokół. Od najbliższych mi w tym momencie osób, moich partnerów, dzieli mnie najwyżej 200 metrów, mam jednak wrażenie, jakby było to najdłuższych 200 metrów na świecie.

Po kwadransie doczekuję się przybycia ekipy z dołu. Odnajdujemy punkt, w którym zaczęła się wędrówka przez podziemia, liny wiszą nienaruszone, pozostaje jedynie wydostać się na powierzchnię. Wyjście zawsze zajmuje więcej czasu – tu nie ma już eleganckiego zjazdu, jest za to walka z grawitacją i uparte małpowanie na przyrządach kolejnych metrów. Gdy przychodzi moja kolej wykonuję wahadło i zawisam tuż nad fałszywym dnem szybu. Nie ma rady, kilkadziesiąt pieter w górę nie zrobi się samo. Niepewnie unoszę dłońmi „małpę”, staję w pętli nożnej, podciągam ciało kilkadziesiąt centymetrów w górę i siadam w uprzęży. Kolejny ruch ku górze, kolejny wyprost nóg i następne centymetry zdobyte. Paweł, wspinający się obok, wyprzeda mnie i po kilku minutach nie widzę już nic, poza światłem latarki na skale przed sobą. Lina sprężynuje przy każdym ruchu, pogłębiając nieprzyjemne wrażenia wiszenia nad pustką. Przestaję patrzeć w dół, oddycham miarowo i koncentruję się na rytmicznych ruchach w górę. Pięć – sześć wyciągnięć w górę, pięć – sześć wyprostowań ciała to około dwóch metrów. Nie chcę, by pozostali na mnie czekali, ale szybko mnie dopada zmęczenie, po kilkunastu ruchach zawisam w uprzęży odpoczywając. Szybko wypracowuję swój rytm, dziesięć wyrzutów ramionami w górę – pokonane może trzy metry o odpoczynek – kolejnych dziesięć ruchów i tak w kółko. Po pewnym czasie dostrzegam niewielki punkt, prostokątny zarys szybu w górze nade mną, mam jednak wrażenie, że dzieli mnie od niego cała wieczność. Choć widzę, jak skała przed moimi oczami przesuwa się, otwór wejściowy wydaje się nie przybliżać wcale. Nie patrzę w dół wiedząc, że i tak nic tam nie zobaczę, baterie w latarce są już na wyczerpaniu. Skupiam się tylko na oddechu i odliczaniu ruchów. Jeden, dwa, trzy i tak do dziesięciu – odpoczynek. Do kolejnych dziesięciu – odpoczynek. Staram się wspinać jak najszybciej, ale zmęczenie zwycięża. Po raz kolejny obiecuję sobie, że po powrocie do domu popracuję nad formą. Tymczasem mogę tylko mozolnie zdobywać kolejne metry. Wreszcie otwór wejściowy szybu przestaje być punktem, zaczyna zajmować coraz większy obszar nade mną. Po czasie, który wydaje mi się nieskończonością opieram nogę o pierwszy betonowy element w górnej partii studni. Zdejmuję gumową osłonę, która podczas naszego zejścia chroniła liny przed tarciem o ostrą krawędź. Kolejnych kilka metrów i ręka dotyka chłodnych prętów kraty. Konrad podaje mi dłoń i pomaga wyjść. Jestem zmęczony.

Ku mojemu zaskoczeniu czas spędzony pod ziemią minął strasznie szybko. Choć wydawało mi się, że cała przygoda nie trwała więcej niż cztery godziny, spędziliśmy na dole ponad sześć. Gdy docieram na powierzchnię jest wpół do drugiej w nocy. Szybko zrzucam kombinezon i wkładam ciepłe ciuchy. W kompletnych ciemnościach wracamy do samochodu.

Co zapamiętam z naszej podróży „w głąb”? Poczucie, że dotykam miejsc, które dla niewielu są dostępne, radość, że mogę je zobaczyć. Do tego praktyczną lekcję historii tego zakątka Sudetów. Ale przede wszystkim świetną przygodę, która zawdzięczam kilku osobom jakie mi towarzyszyły. I przypomnienie sobie, że życie zaczyna się poza strefą komfortu, nawet jeśli oznacza to spojrzenie w przepaść.

PS. Lokalizację kopalni „Wilhelm” i prowadzącego do niej szybu możecie znaleźć w sieci, jest to jednak miejsce bardzo niebezpieczne dla osoby bez odpowiedniego doświadczenia. Powyższy opis nie jest poradnikiem początkującego speleologa, nie zachęcam też nikogo do organizowania podobnych wycieczek. Jeśli nie wiecie jak zwiedzać podobne obiekty, po prostu tego nie róbcie. Dzięki.

Join the discussion 3 komentarze

  • Juka pisze:

    Świetny opis! Bardzo plastyczny.
    Ja bym nie dała rady. Nie mam może klaustrofobii, ale nawet w świetnie zabezpieczonych sztolniach czuję strach. Podobnie mam w różnego rodzaju piwnicach a nawet w windach. O dziwo nigdy nie bałam się wejść do bunkrów czy fortów, nawet jeśli były zawalone czy zalane (polecam zwłaszcza te na D.Śląsku 🙂 ).
    Podziwiam, i to szczerze, że się odważyłeś.

  • zula pisze:

    Zmęczyłam się ze strachu czytając opis!
    Igrasz z losem?
    Relacja wspaniała lecz wyprawa bardzo ryzykowna…ale to może tylko moja ocena?!.
    pozdrawiam

  • dziadbor pisze:

    Łukasz gratuluję spróbowania czegoś innego, oczywiście odwagi też.
    W swoim tekście użyłeś pięknego zdania – „Życie zaczyna się poza strefą komfortu, nawet jeżeli oznacza to spojrzenie w przepaść” – w tym przypadku brzmi to bardzo dosłownie ale „przepaścią” może być np; nie pewne jutro, zmiana pracy czy stylu życia, kolejny dzień bez pieniędzy w drodze. Ważne aby pokonać w sobie, mniej lub bardziej uświadomiony, strach przed nieznanym. I nie chodzi mi o chorą pogoń za adrenaliną tylko o wyjście z szarości, z tłumu identycznych zachowań. Ważne jest jeszcze aby patrzeć w tą przepaść z pogodą ducha, nawet jeżeli jesteśmy zestresowani.

    Pozdrawiam, pozdrawiam

Leave a Reply