Jak wytrzymać? To chyba najczęstsza myśl w tej drodze.

Jak wytrzymać, gdy od kilku godzin pada, przed Tobą prosta droga, a widoków na znalezienie tego wieczoru suchego miejsca są coraz bardziej nikłe?

Jak wytrzymać, gdy upał wypala mózg, asfalt pod stopami robi się miękki niczym masło, w okolicy nie ma nawet kawałka cienia, aby w nim odpocząć, a w płaskim jak stół krajobrazie nie płynie żaden strumień? Masz ochotę kląć na bezlitosną pogodę, przypominają Ci się jednak słowa jednego z bohaterów „Diuny” Franka Herberta: „Nie błaga się słońca o miłosierdzie”. Idziesz więc dalej.

Jak wytrzymać, gdy Twoim jedynym szlakiem w okolicy jest droga ekspresowa, z tysiącami pędzących na złamanie karku kierowców? Potencjalnych samobójców mijających Cie na ścigaczach? Ciężarówek przejeżdżających w odległości metra – dwóch od Ciebie? Wędrując poboczem Twoim głównym zmartwieniem jest nie dać się zabić, a drugim – nie skręcić kostki, gdy przypadkowo staniesz na krawędzi jezdni. Przejeżdżający obok męczą Cię swoim jazgotem, mięśnie stóp i łydek są już odbite od kości, a kilometry na drogowskazach zmniejszają się tak wolno, jakbyś prawie stal w miejscu. Gdy pogoda jest zła, lawirujesz, by uniknąć fontann wody wzbijanych kołami. Nasza cywilizacja jest jednak kretyńsko urządzona i zdecydowanie stawia rzeczy na głowie. Dlaczego nikt nie pomyślał, że są jeszcze ludzie, którzy po świecie poruszają się piechotą? Europa ma świetne drogi i autostrady, ale tylko do czasu, gdy spróbujesz przedostać się z miasta do miasta na własnych nogach. Wtedy okazuje się, że dla pieszego nie ma na nich miejsca. Gdyby to ode mnie zależało, każda droga tego kontynentu obowiązkowo posiadałaby chodnik biegnący obok.

Jak wytrzymać, gdy w żołądku pusto, wiesz jednak, że wydałeś już pieniądze przeznaczone na ten tydzień wędrówki i jeśli naruszysz zapas, który Ci pozostał, będziesz głodował później? Idziesz więc, licząc na szczęśliwy traf i pomocną dłoń.

Jak wytrzymać, gdy po nocy spędzonej pod gołym niebem, w deszczu, śpiwór przypomina mokrą gąbkę, a wysuszyć go nie ma jak? Możesz tylko, krzywiąc się z obrzydzeniem, spakować mokrą szmatę do worka i iść, wyobrażając sobie, jak będzie śmierdział, gdy wieczorem wejdziesz do niego ponownie.

Jak wytrzymać 120 dni w drodze, bez domu?

Jeśli jesteś wierzący możesz powiedzieć sobie, że to, co spotyka Cię w tej wędrówce to pokuta, jaką przyszło Ci odbyć za winy, które popełniłeś. Możesz też pomyśleć o niej jako o sprawdzianie Twojej wytrzymałości, jaki stawia przed tobą wszechświat. O teście, przed jeszcze trudniejszymi zadaniami, jakie czekają na Ciebie w przyszłości. A może, skoro miałeś w sobie tyle pychy, by powiedzieć sobie i innym „potrafię to zrobić”, ktoś lub coś odpowiada Ci „w porządku, zobaczymy”?

Połowa pielgrzymki do Santiago to najtrudniejszy czas dla mojego umysłu od początku tej drogi. Najtrudniejszy fizycznie był początek, z ciężkim plecakiem, stopami zmasakrowanymi przez asfalt i niewyrobione buty, z dziennymi przebiegami niewiele przekraczającymi 25 kilometrów. Okres jaki minął od opuszczenia Ulm aż do wejścia we francuski Masyw Centralny, w okolicy Dijon, „wybrał mnie” za to psychicznie. Pogoda poprawiała się na nie więcej niż dobę, przez cały czas pokazując ołowiane niebo i częstując deszczem. Droga przez Badenię, gdy opuściłem już dolinę Dunaju, to dwa dni poboczem drogi ekspresowej prowadzącej w stronę Szwarcwaldu. Góry w zachodnich Niemczech podarowały mi dwa dni słońca, by na zejściu zafundować oberwanie chmury.

Pogoda we Francji jest już znacznie lepsza, tu dla odmiany zaczęły się kłopoty z zaopatrzeniem. Kraj jest nawet droższy niż Niemcy, zdobywanie jedzenia trudniejsze, nieraz wędrowałem więc z pustym żołądkiem. Gdy wreszcie udawało mi się najeść, pogoda na powrót przypominała mi, że taryfy ulgowej nie będzie.

Deszcz, upał, twardy asfalt, pragnienie, głód, nieprzespane noce. Jak wytrzymać?

Zauważyłem, że to, co mi pomaga, to małe gesty innych ludzi. Czasem bardzo małe. Bywa, że kierowcy, widząc mnie, zatrzymują się na poboczu i czekają na mnie, by spytać, czy nie chcę podjechać z nimi do miasta. Tłumaczę wtedy, czemu nie mogę, a oni rozumieją i odjeżdżają, ale to, że ktoś ofiaruje mi pomoc sprawia, że przez kolejnych kilka godzin idę w lepszym nastroju, z głową wyżej podniesioną. Tak było w Szwarcwaldzie, gdy na krętej drodze niemieckie małżeństwo zatrzymało się, by spytać, czy nie idę do Bazylei. Podziękowałem, ale takie spotkanie sprawiło, że lżej było mi pokonywać pozostałe kilometry podejścia.

Tak było też na drodze przez Alzację, gdzie w punkcie informacyjnym na wjeździe do prowincji, młoda Francuzka poczęstowała mnie kawą. Kawa była rozpuszczalna, trzy w jednym, w plastikowym kubeczku, ale nie pamiętam, kiedy ostatni raz piłem równie dobrą. Nie chodzi oczywiście o to, czy była. Na pewno była taka sobie. Chodzi o intencję z jaką była przyniesiona.

Albo gdzieś przed Besançon, gdzie widząc mnie idącego drogą, zawołali siedzący przed domem członkowie rodziny. Jedna z obecnych dziewczyn obchodziła właśnie urodziny, do domu rodziców zjechało więc kilkanaście osób, by wspólnie świętować tego popołudnia. Mało kto znał angielski, ale dawaliśmy radę porozumieć się ze sobą, wyjaśniłem więc dokąd idę. Szybko wcisnęli mi w dłoń piwo, zaprosili do wspólnego stołu na obiad, a potem zaproponowali nocleg. Właściciele domu, małżeństwo nauczycieli, mieli trzy córki, wszystkie dorosłe i „wyleciane” z gniazda, miejsca na pietrze ich domu było więc pod dostatkiem. Tego dnia zobaczyłem odrobinę, jak świętują w rodzinnym gronie Francuzi.

Może to być zaproszenie na obiad lub proste pytanie dokąd idę i pomoc w znalezieniu drogi. Właściwie może to być tylko kilka słów, wystarczy jednak, by przez kolejne godziny lub dni podnieść na duchu, choć deszcz wciąż pada tak samo, a droga wcale nie staje się krótsza. Ciepło innych ludzi. To ono przede wszystkim pomaga w długiej, trudnej wędrówce. Przez ostatnie tygodnie doświadczam tego bardzo mocno.

Gdy pogoda lub trasa dają w kość, i mam dość wszystkiego, przypominam sobie, że przecież bywało już dużo gorzej. Były chwile, w których padało mocniej, droga była o wiele trudniejsza i bardziej zapętlona, ludzie mówili jeszcze trudniejszymi językami, a wyposażenie pękało, darło się i rozłaziło w szwach dużo bardziej niż teraz. Sztuka to spojrzeć pozytywnie na świat i pomyśleć, że wcale nie jest tak najgorzej. Że kiedyś przechodziłeś – i przeszedłeś – przez dużo gorsze tarapaty.

A gdy kurtka i plecak zaczynają przeciekać od deszczu, przypominam sobie pielgrzyma spotkanego dziesięć lat temu, podczas pierwszej wycieczki w góry Ukrainy. Gdy letni deszcz spadł niespodziewanie na przełęcz, przez którą przechodziliśmy, wyszedł na drogę, boso, w wytartym ubiorze przypominającym habit i całował ziemię, dziękując Bogu za zesłany deszcz i piękno świata, który go otaczał. Jemu pomagała więc żarliwa wiara.

A co Tobie pomaga w długiej drodze?

Join the discussion 20 komentarzy

  • Rafał pisze:

    Mi pomaga śpiewanie piosenek, czymś po prostu muszę zająć umysł.
    Często też powtarzam sobie motto żołnierzy: „Jedyny łatwy dzień był wczoraj”

  • shimpu pisze:

    Myślę, że takie wędrówki są po to, aby zasygnalizować nam cel życia i możliwości jego zrealizowania, w bardzo uniwersalnym kontekście. Czy będzie to potwierdzenie siły naszej wiary, czy determinacja w spełnieniu zobowiązania, czy zwycięstwo nad swoimi słabościami, czy próba powrotu do podstawowych ludzkich wartości – tak naprawdę wartością nadrzędną jest porozumienie się z samym sobą i wybór własnej drogi życiowej.
    Dobrze, że na świecie są jeszcze ludzie, którzy świadomie i z własnej woli przedkładają podstawowe wartości życia nad władzę, konsumpcjonizm i dobra materialne.
    Powodzenia!

  • Jacek pisze:

    Świadomość, że zawsze mam gdzie, do kogo i po co wracać. A poza tym (to „argument” zupełnie innego kalibru), rozmowa z samym sobą, o rzeczach najbardziej absurdalnych, czasami na głos.
    Dobrej Drogi!

  • Pielgrzym pisze:

    Wytrwałości , przyj do przodu , jesteś już blisko . I ciągle zmierzasz w kierunku Ciepła . To Ty zachęciłeś mnie do pielgrzymowania , a swoje lata już mam. Odwiedzam parafie warszawskie i jakżeby nie , zacząłem od naszej „wspólnej” Matki ,ale zaraz potem powędrowałem do Św. Jakuba na Tarchomin . Jestem osobą wierzącą, więc pozostajesz przy każdej odbytej pielgrzymce w modlitwach . Nie ma porównania , woda i sucha bułka jest tutaj na wyciągnięcie ręki . Niech Św. Antoni Padewski z dzisiejszej pielgrzymki sprawi, abyś napełnił żołądek i odgonił ponure myśli . Szczęść Boże na dalszą drogę .
    Ps. Obiecałem sobie ,że w przyszłym roku pójdę w twoje ślady .

  • mah pisze:

    W tamtym roku tez sporo glodowalem we Francji, czasem bylo ciezko, ale to tylko wzmacnia. Teraz procz doswiadczenia uzywam jeszcze jedzenia wyrzucanego tonami przez supermarkety, czesto pysznego i calkiem swiezego, polecam 😉 Bonne Route!

  • mah pisze:

    Jesli bedziesz szedl Camino del Norte, prze samym San Sebastian jest na gorze alberge darmowe z cieplym posilkiem, prowadzi go jakas grupa ludzi zyjacych wg zasad kosciola sprzed 2000 lat.. lub cos w tym stylu 😉

  • Najlepiej obejrzeć filmy z rekrutacji do jednostek specjalnych i powtarzać sobie hasło ” Maszeruj albo giń ” Pozdrawiam i życzę dużo siły i samozaparcia.

  • Kuba pisze:

    Idąc Camino dwa lata temu, kiedy spotykał nas deszcz śpiewaliśmy piosenki. Wesołe. „I’m singing in the rain”, albo „Don’t worry, be happy”. Zawdziwiająco szybko poprawiał się humor i zmieniał punkt widzenia z „o matko, wszystko będę miał mokre, nie chce mi się żyć” na „to przecież tylko deszcz” ‚;)
    Jak czasem trzeba daleko iść w ogromny upał z plecakiem, czy w jeszcze innych ciężkich sytuacjach – śpiewam. Na głos oczywiście, im głośniej tym lepiej 😉

  • Mietek pisze:

    „Fire is the test of gold; adversity, of strong men”.
    Ja zawsze powierzam się opiece św. Jakuba i nigdy się nie zawiodłem. Łukaszu nie jesteś sam ten potężny Patron pielgrzymujących czuwa nad każdym Twoim krokiem. Ultreia.
    Buen camino!

  • keeeper pisze:

    „Dlaczego nikt nie pomyślał, że są jeszcze ludzie, którzy po świecie poruszają się piechotą? Europa ma świetne drogi i autostrady, ale tylko do czasu, gdy spróbujesz przedostać się z miasta do miasta na własnych nogach. Wtedy okazuje się, że dla pieszego nie ma na nich miejsca. Gdyby to ode mnie zależało, każda droga tego kontynentu obowiązkowo posiadałaby chodnik biegnący obok.” – AMEN!! Masz moje stuprocentowe poparcie!

    Mi, kiedy ide z plecakiem pomaga poczcie humoru – opowiadam sobie dowcipy, niestety większość już znam 😉

    A kiedy jest naprawdę źle – leje, zimno, głodno, kiedy wszystko sprzysieglo się przeciwko mnie, żebym tylko się zatrzymał. Wtedy idę, nawet więcej i dalej niż kiedy mi wygodnie – na przekór i bo tak!

  • Karolina pisze:

    dasz rade 😉

  • Czarna pisze:

    Ja natomiast gdy już mam wszystkiego dość i przeklinam wszelkie trudy jaki mi przynosi ze sobą droga przypominam sobie, że przecież to przygoda a przygoda to coś takiego, że kiedy trwa chcemy aby jak najszybciej się skończyła ale gdy już to nastąpi to właśnie ją najmilej wspominamy 🙂 Powodzenia i szerokiej drogi 🙂

  • Milkowiec pisze:

    Narzekanie jest fajne w takich chwilach… szczególnie jak można na głos ponarzekać, nie mówiąc już o współnarzekaniu z innymi 😀
    Można prześcigać się w dyscyplinie „komu gorzej”. Jak ma się z kim pomarudzić to jakoś tak nawet zabawnie może się zrobić. A na koniec przyznać sobie wirtualny medal dla najgorszego marudy 🙂 My Polacy tak mamy, że lubimy narzekać.
    A oprócz tego, możesz wymyślać turystyczne patenty na takie ciężkie warunki, np. parawan samonośny na deszcz i upał (niekoniecznie muszą to być realne i sensowne gadżety).
    No i oczywiście zawsze można zrobić sobie przerwę w podróży na ogarnięcie się.

  • elemelek pisze:

    Ja sobie w takich sytucjach myślę, że to nie pokuta za grzechy (wszak wszystkie grzechy zostały nam już wybaczone!), a raczej wyciągnięta przede mną ręka Kolegi na górze, który mówi „zaufaj mi, że tak ma być, pogadaj ze mną, może coś zmienimy – może pogodę, może twoje nastawienie, ale wszystko będzie ok” 🙂
    No i działa:)

Leave a Reply