Jak wytrzymać? To pytanie zadałem sobie, idąc 4000 km przez Europę do Santiago de Compostela. Kiedy droga zaczyna mnożyć przeszkody, sił zaczyna brakować, finanse kuleją – jak zachować motywację do dalszej drogi? Do postawienia kolejnego kroku, do przejścia jeszcze godziny, jeszcze jednego dnia?

W drodze do Hiszpanii odkryłem, że tym, co daje mi siłę, są w dużej mierze ludzie spotkani w drodze, których drobne gesty i pomoc dodają mi energii do dalszego marszu, na przekór wszystkiemu. Noc spędzona pod czyimś dachem potrafi naładować psychiczne baterie na wiele dni, krótka rozmowa z kierowcą, który zatrzyma się i spyta o cel drogi, pomaga iść aż do wieczora. Rozmowy, uściski dłoni, machnięcie ręką – wszystko to dodaje energii. Paradoksem moich podróży jest to, że choć lubię samotność i na wszystkie wędrówki minionego roku wyruszałem sam, chwilowa obecność innych okazuje się pomocą. Nie potrafiłbym chyba iść z towarzyszem przez ponad sto dni, na drugi koniec kontynentu. Różnice zdań i temperamentów, nawet jeśli nie podzieliłyby nas, to pozbawiły drogę jej zdolności do dokonania wewnętrznej przemiany, która wymaga ciszy i milczenia. A jednak krótkie chwile, w których spotykają się dwie osoby, bywają źródłem siły, której zapas starczy na długo.

Co jednak, gdy droga prowadzi przez miejsca, gdzie o spotkaniu nie ma mowy? Doświadczyłem tego latem i jesienią, na Łuku Karpat, a potem zimą, podczas przejścia Słowacji. Przez wiele dni pozostawałem na szlaku sam i nie było nikogo, kto pomógłby w zderzeniu z nieprzyjaznym światem zewnętrznym. Na pustym grzbiecie gór Godeanu, gdy deszcz padał już drugą dobę, nie było nikogo, kto mógłby dodać animuszu. W drodze przez polskie Beskidy, choć codziennie mijałem wieś lub schronisko, byłem tylko anonimowym człowiekiem na drodze, jednym z tysięcy w tych górach. Mijaliśmy się obojętnie z innymi, ledwie zwracając na siebie uwagę. W końcu samotnym można być także wśród ludzi. Kiedy więc nie ma nikogo, kto na długim szlaku podarował Ci trochę ciepła, jak wytrzymać drogę przez setki, nawet tysiące kilometrów? Pieszo, rowerem, na rakietach?

Jest kilka metod, które mi samemu pomagają nie poddać się na długim szlaku i dzisiaj postanowiłem je zdradzić.

Stopniuj trudności

Będąc jeszcze na początku studiów, postanowiłem, że po raz pierwszy wyruszę samotnie w góry, a celem tamtej wycieczki było przejście polskiego odcinka Karpat. Nie trzymałem się jednego szlaku, na przykład czerwonych znaków Głównego Szlaku Beskidzkiego, zamiast tego wyznaczyłem na mapach trasę przez interesujące mnie miejsca i po prostu ruszyłem. Nigdy wcześniej nie wyszedłem w góry kompletnie samotnie, nie wspominając o tym, że nie przeszedłem trasy nawet w połowie tak długiej. Mój plecak był przeciążony, wyposażenie nieprzystosowane do wędrówki, jedzenie niewłaściwe. Jednym słowem – ewidentnie zabrakło mi doświadczenia. Dotarłem do celu tylko siłą uporu, ale nigdy więcej nie chciałbym powtarzać podobnej przygody. Tamta droga wyglądałaby zupełnie inaczej, gdybym moje umiejętności szlifował najpierw na krótkich, weekendowych lub tygodniowych, trasach. Dałyby mi one pojęcie, co sprawdza się podczas samotnej wędrówki, a co nie. Bogatszy o te wiedzę i z dużo lżejszym plecakiem, przeszedłbym odcinek między Bieszczadami, a Beskidem Śląskim dużo łatwiej.

Podobna rzecz wydarzyła się 3 lata później, na przejściu Łuku Karpat. Sprzęt jaki niosłem był zbyt ciężki i nieprzystosowany do górskich warunków, moja umiejętność nawigacji była marna. I znowu – zaledwie dwa sezony, spędzone wcześniej w tych samych górach, ale na krótszych szlakach, stałyby się wystarczającą lekcją, po której byłbym gotowy do przejścia Karpat.

W sumie nie mam powodów do narzekania. Obydwie te przygody stały się cennymi nauczkami i zakończyły powodzeniem, ale zawdzięczam to w znacznej mierze byciu upartym jak osioł w realizacji moich planów. Moje wczesne przygody górskie mogły być dużo przyjemniejsze, gdybym nie rzucał się na głęboką wodę, ale powoli stopniował trudności i dystanse, jakie przechodzę.

Myślisz o Głównym Szlaku Beskidzkim? Pierwsza rzecz, jaką warto byś ocenił/a, jest to, jak długi dystans udało Ci się przejść przez góry i w jakich warunkach. Jeśli Twoje wędrówki ograniczały się dotychczas do weekendowych wypadów z plecakiem, albo nigdy wcześniej nie zdarzyło Ci się biwakować pod namiotem, zacznij od czegoś mniejszego niż 520-kilometrowy marsz przez Beskidy. Poświęć sezon lub dwa, by poznać specyfikę wędrowania z namiotem. Zobacz, czego wymaga codzienny biwak we własnym schronieniu. Potem zacznij chodzić na nieco dłuższe dystanse i obserwuj, jak reaguje Twój organizm na dłuższy wysiłek. Wędruj na lekko, bez napinania się na wynik lub bicie rekordów czasowych. Po prostu ciesz się drogą, ale jednocześnie poznawaj siebie i swoje wyposażenie, zobacz, co się sprawdza, a co nie. Jeśli uda Ci się przejść w ten sposób tydzień – czas wystarczający na przejście np. całego Beskidu Niskiego z Komańczy do Krynicy – prawdopodobnie dasz sobie także radę na najdłuższym szlaku polskich Karpat.

Ta sama zasada dotyczy każdego rodzaju przemieszczania się. Zanim wyruszysz pieszo do Rzymu, Santiago, na Przylądek Północny czy dokoła Polski, sprawdź się na krótszych dystansach. Zanim zdecydujesz się iść na 40-dniowy Wysokogórski Szlak Pirenejów (HRP), spróbuj swoich sił w terenie alpejskim, ale na krótszych odcinkach. Jeśli nie masz doświadczenia na dużych wysokościach, nie porywaj się na siedmiotysięcznik, ale spróbuj raczej czegoś niższego. I tak dalej. Zasada „stopniuj trudności” jest najprostszą jaką można dać każdemu, kto zaczyna przygodę z wędrowaniem. Dzięki niej unikniesz wielu przykrych niespodzianek.

Metoda „kamieni milowych”

Bardzo prosty sposób, który opracowałem jeszcze podczas przejścia Karpat w 2004 roku. Kiedy ma się przed sobą około 90 dni marszu, trudno zmotywować się perspektywą osiągnięcia celu, który znajduje się za granicami 5 krajów. Gdy deszcz leje na głowę, namiot łamie się na wietrze, a menażka przypala jedzenie, trudno dodawać sobie animuszu myślą „OK, jeszcze tylko 75 dni i koniec”. Tak odległy cel raczej wpędza w desperackie myśli, niż motywuje. Potrzebny jest jakiś bliższy, bardziej namacalny i łatwiejszy do osiągnięcia, który można będzie świętować jako sukces na drodze.

Zamiast odliczać dni pozostałe do końca drogi, dzielę więc każdy długi szlak na kilka dużych fragmentów, te zaś na mniejsze, kilkudniowe odcinki i zamiast dążyć do odległego celu, skupiam swój umysł na osiągnięciu bliskiego, znajdującego się kilka dni dalej. Koniec każdego z odcinków jest „kamieniem milowym” w długiej wędrówce, stąd nazwa, jaką wymyśliłem dla tej metody.

Przykład? Idąc Łukiem Karpat w naturalny sposób podzieliłem drogę na 5 fragmentów:

  • Karpaty Południowe,
  • rumuńskie Karpaty Wschodnie,
  • Ukraina,
  • Polska,
  • Karpaty Słowackie.

Przejście każdego z nich wymagało 2-3 tygodni, dlatego dodatkowo dzieliłem je na krótsze odcinki, odpowiadające poszczególnym pasmom górskim. W przypadku pierwszego fragmentu Karpat, leżącego najdalej na południe, było to przejście pasm Almaj, Cerna, Godeanu i Retezat (7-8 dni), gór Paring i Lotru (5-6 dni), Fogaraszy (5 dni) i pasm Piatra Craiuluii oraz Bucegi (3 dni). Zakończenie każdego z tych małych odcinków traktowałem jako drobny sukces, cieszyłem się z niego i z satysfakcją oraz nadzieją zaczynałem kolejny. A gdy udało mi się zakończyć jeden z dużych fragmentów, było to małe święto i okazja do krótkiego odpoczynku. Takie chwile, w których miałem poczucie, że udało mi się przejść kolejny krok na drodze, dawały i nadal dają motywacyjnego kopa do dalszego marszu. Nawet gdy pada, wieje, jest zimno, a ścieżka złośliwie zniknęła.

przejscie_luku_karpat

Schron w Fogaraszach, lipiec 2004

Podobną taktykę stosowałem w drodze przez Europę do Santiago. Liczący 4 tysiące kilometrów marsz podzieliłem na 5 części, odpowiadających jednemu państwu. W obrębie każdego z nich wyznaczyłem kilka odcinków. Gdy wędrówka stawała się trudna do wytrzymania, nie myślałem wcale o dotarciu do Santiago, odległego o wiele tygodni lub miesięcy drogi. Moim jedynym celem na daną chwilę było osiągnięcie punktu położonego o pięć dni drogi i cieszyłem się, gdy to się udało. Ostateczny cel takiej drogi był zbyt odległy i abstrakcyjny, by móc się nim kierować. Zamiast tego moją energię wkładałem w dotarcie do miasta leżącego 100-150 kilometrów dalej. A potem znowu i znowu. Dzięki temu, wędrując na wielkie odległości, jestem skupiony na tym, co mogę osiągnąć tu i teraz, w ciągu jednego, może kilku dni. Takie podejście chroni mnie przed zniechęceniem, gdy odległy cel wydaje się w ogóle nie przybliżać i pozwala cieszyć się z drobnych sukcesów, chociaż do końca drogi jeszcze daleko.

Jak długie powinny być odcinki na Twojej drodze? Ustaliłem, że dobrze działają takie, których przejście zajmuje tydzień. To wystarczająco długo, by droga na każdym z nich stała się wyzwaniem, ale dość krótkie, by określić je słowem „niedaleko”. Krótsze nie mają sensu, gdyż nie stanowią wystarczającego wyzwania i ich pokonanie będzie zbyt łatwe, by naprawdę się z niego cieszyć. Zbyt długie będą wyczerpywały psychicznie, łatwiej będzie poddać się na długiej drodze.

Jednym z błędów jaki popełniłem w zeszłorocznej drodze do Santiago, było wyznaczenie sobie pierwszego punktu docelowego w Gnieźnie, 10 dni od Warszawy. Gdy początkowe trudności marszu okazały się większe niż sądziłem, zabrakło mi miejsca, leżącego jakieś 200 km od startu, w którym mógłbym powiedzieć „udało się”, który byłby moim pierwszym przystankiem i… pierwszym drobnym sukcesem do świętowania. 10 dni było zbyt dużą odległością na początek i dopiero w trakcie wędrówki poczułem, że chciałbym mieć jakiś „kamień milowy” gdzieś w okolicy Kujaw.

Metody „kamieni milowych” używam w trakcie każdej wędrówki dłuższej niż 3 tygodnie i jest ona jednym z najlepszych motywatorów jaki odkryłem.

Zasada nagród

Opisany wyżej sposób łączy się z kolejną metodą, jaką jest system nagród za odniesiony sukces. Znowu – ma on znaczenie wyłącznie psychologiczne, potrafi jednak motywować umysł do dalszego działania, nawet jeśli jestem zmęczony, a warunki w jakich idę dalekie są od idealnych. System nagród jest bardzo prosty: po osiągnięciu ważnego miejsca, najczęściej któregoś z „kamieni milowych” mojej drogi, zatrzymuję się i funduję sobie coś nietypowego, na co aktualnie mam ochotę. Może to być obiad w mieście, do którego dotarłem, nocleg w schronisku, które pozwala wypocząć lepiej niż namiot, coś obrzydliwie smacznego, dopisanego do listy zakupów. Zawsze jest to rzecz, na którą zazwyczaj bym sobie nie pozwolił, jednak na zakończenie trudnego lub długiego fragmentu drogi robię wyjątek.

Czymś takim był moment, w którym, po kilku dniach deszczu w Bawarii, dotarłem do Ulm. Choć kasa świeciła pustkami, a jedzenia przez minione dni nie miałem w nadmiarze, pierwszą rzeczą jaką zrobiłem po wejściu do miasta, było zamówienie kebaba z frytkami w tureckim barze. Traktować wątpliwej jakości fast food jako danie tygodnia – głupie, nie? A jednak ten drobny gest był czymś, czego w tamtej chwili potrzebowałem. Mój umysł wymagał go dużo bardziej niż ciało, nie chodziło bowiem o dodatkowy zastrzyk kalorii – 5 euro, które mnie kosztował, dużo lepiej wydałbym w sąsiednim sklepie – ale o chwilę, gdy poczułem, że ten sycący, nadprogramowy posiłek, jest pięknym zakończeniem minionego tygodnia.

Taką nagrodą w długiej drodze może być cokolwiek, co uznasz za wartościowe. Posiłek w restauracji, noc pod dachem, piwo w przydrożnym barze, wieczór na basenie, dzień nic nierobienia spędzony pod namiotem, drobne szaleństwo podczas kolejnych zakupów. Nie musi to być nic dużego ani kosztownego. Na zimowym przejściu Słowacji, po wypruwającym siły przejściu Wielkiej Fatry, nagrodą były dla mnie 2 litry słowackiej Kofoli za jedno euro. Może i był to drobiazg, ale jak poprawił samopoczucie! Zasada nagród za osiągnięcie jakiegoś celu sprawdziła się pierwszorzędnie właśnie podczas tej zimowej wędrówki.

Nie przywiązuj się do rezultatu

To na pewno najtrudniejszy ze sposobów na wytrzymanie długiej drogi. Co do mnie, jestem na początku jego stosowania i wydaje mi się, że potrzebuję jeszcze lat, by skutecznie przyjąć go jako własny. Są ludzie, którzy opanowali go bardzo dobrze i ci osiągnęli, jak sądzę, mistrzostwo w wędrowaniu, wspinaczce i podobnych aktywnościach.

„Najlepszym wspinaczem jest ten, któremu wspinanie sprawia najwięcej radości” – powiedział amerykański alpinista Alex Lowe. Parafrazując jego słowa, najlepszym wędrowcem nie jest ten, który osiągnie cel jakiejś wielkiej wędrówki, ale który w każdym dniu i w każdej chwili swojego marszu będzie miał najwięcej frajdy ze swojej przygody. Najlepszym podróżnikiem nie jest człowiek, który zaliczy najwięcej krajów, ale ten, którego podróże najbardziej wzbogacą wewnętrznie. Nie jest więc ważne jak daleko jest cel Twojej wędrówki i jak trudna droga do niego prowadzi, jeśli potrafisz czerpać radość z każdego jej kroku.

Najlepszym wędrowcem nie jest ten, który osiągnie cel jakiejś wielkiej wędrówki, ale który w każdym dniu i w każdej chwili swojego marszu będzie miał najwięcej frajdy ze swojej przygody.

W jaki sposób kształtować w sobie takie podejście? Jednym ze sposobów jest po prostu wędrowanie bez pośpiechu, w skupieniu, kiedy nabijanie licznika kilometrów zastąpione jest skupieniem na rzeczach, które wydarzają się wokół nas. Innym – powiedzenie sobie głośno, wyraźnie i na samym początku drogi, że nie obchodzi mnie dojście do celu, ale drogę samą w sobie – i trzymanie się tego stwierdzenia.

Metoda, być może najskuteczniejsza, jaka przychodzi mi do głowy, jest jeszcze inna: któregoś dnia wyjść na szlak i zacząć iść przed siebie, nie mając kompletnie żadnego planu ani celu, poddając się chwilowym kaprysom, które będą podpowiadały, by zejść tu czy tam. Być pozbawionym celu oznacza skupiać się na najbliższych kilku krokach i kilku momentach. Taki brak może stać się dla niektórych męczący, ale może być też interesującym ćwiczeniem umysłu. Co do mnie, nigdy go nie próbowałem, choć zamierzam. Taki drobny eksperyment na samym sobie.

Ta ostatnia z recept może dla niektórych osób brzmieć dziwnie. Żyjemy w świecie, gdzie presja na wynik jest dominująca, osiągnięcia mierzy się efektem końcowym. Najlepszy efekt to taki, który można zmierzyć w metrach jakie przewspinaliśmy albo kilometrach, które przeszliśmy lub przebiegliśmy. Kiedy opowiadam o podróży przez Azję, techniczne pytanie „ile krajów przejechałeś?” pada częściej, niż „co Ci to dało?”, które jest jednak o wiele istotniejsze.

Trudno nam oderwać swoje myśli od wyniku jaki chcemy osiągnąć lub celu, do którego chcemy dojść. Propozycja, aby uwolnić się od przywiązania do nich, może brzmieć jak tani wykład filozofii Wschodu dla początkujących. Zachęcam Cie jednak, byś podszedł/podeszła do tego pomysłu bez uprzedzeń. Kiedy wędrujemy lub podróżujemy, bycie „tu i teraz” i nieprzywiązywanie się do rezultatu naszych działań, uwalnia nas spod presji, jaką stwarza odległy cel. Cel, którego możemy nigdy nie osiągnąć. A jeśli uda nam się nie myśleć o tym, jak wiele kilometrów nam jeszcze zostało, będziemy mogli czerpać radość z każdej chwili spędzonej w drodze. Co do mnie, będę próbował, choć zajmie to pewnie dużo pracy i czasu.

No właśnie. A co Tobie pomaga w długiej drodze? Jakie masz sposoby, by wytrzymać?

Join the discussion 11 komentarzy

  • Juka pisze:

    W wędrówkach, na krótkich 3-4 odcinkach zawsze pomagało mi… śpiewanie. A jak natrafiałam na ludzi to krótka rozmowa na różne tematy – często błahe. Kiedyś trafiłam na gospodarza, którego zapytałam czy krowy dają mleko (w sensie czy są zdrowe). Wywiązała się rozmowa o zwierzętach i żniwach, no i pierwszy raz w życiu piłam wtedy mleko bezpośrednio od krowy 🙂
    Sposób, jaki opisałeś – wyjść i po prostu iść przed siebie, najlepiej zacząć od swojego miasta. Kiedyś godzinami błądziłam po Wrocławiu (można to nazwać różnie – mnie się zdaje, że błądzenie jest odpowiednim słowem na chodzenie bez celu, ale po to by osiągnąć coś wewnętrznie), później taka metoda sprawdziła się w czasie wędrówek po Dolnym Śląsku i Niemczech.

  • BearGirl pisze:

    Ja z kolei (oprócz mnóstwa rzeczy, które wypisałeś), jak miałam końcówkę dnia, a jeszcze trochę do przejechania na rowerze, to sobie pozostały dystans przeliczałam na odcinki z rodzinnego Krakowa. Czyli na przykład myślałam sobie, że zostało mi tyle, co do przyjaciół w Nowej Hucie i jak jechałam, to mówiłam sobie „teraz mijam most Piłsudskiego, teraz jestem na wysokości Plazy, teraz…” i zawsze to jakoś bliżej było!

  • judyta pisze:

    Wspaniały tekst:) bardzo przyjemnie i z zaciekawieniem się go czyta:) Pozdrawiam

  • waldek pisze:

    Kiedy wędrówka się mierznie – medytacja chodzenia – skupienie na podeszwach stóp, pracy mięśni, tudzież liczenie kroków, najlepiej co drugi. Przy trzystu umysł płynie w inną stronę, stosuje kiedy na 1 dniach wyjazdów wypływa ze mnie stres dni poprzednich.

    „Zasada nagród za osiągnięcie jakiegoś celu sprawdziła się pierwszorzędnie właśnie podczas zimowego przejścia Słowacji.”

    Zapomniałeś dodać prawdopodobnie pierwszego w historii. Tak, jestem złośliwy :-).

    • Na szczęście nie ma to dla mnie większego znaczenia. Ta wędrówka dała mi tak wiele pod względem osobistym, że pierwszeństwo lub jego brak przestały się kompletnie liczyć. No i czy jest sens chwalić się tym za każdym razem?

      Ciekawe czy medytację chodzenia można by połączyć z wędrowaniem boso? To byłaby interesująca kombinacja.

  • włóczykij pisze:

    Bardzo pomocny (i motywujący 😉 ) tekst. Jeśli chodzi o metodę „kamieni milowych” to jest mi ona znana dzięki Robertowi Korzeniowskiemu – kiedyś w jakimś wywiadzie mówił, że gdyby na trasie myślał ciągle o tym ile km musi jeszcze pokonać, to z pewnością nie dałby rady. Jeśli natomiast dzieli się trasę na odcinki to pokonywanie długich dystansów jest łatwiejsze

  • sebas pisze:

    Ciekawy tekst. Uderzyl we mnie zwlaszcza wstep. Niezwykle trafny. Faktycznie wizja samotnej wyprawy, nawet tygodniowej, w zupelnie obcym terenie, z perspektywa zmagania sie z pogoda, kryzysami, pustka, potrafi zasiac zwatpienie nawet w dosc zahartowanym ciele i duchu;) Zdarzylo mi sie w ten sposob kapitulowac/odkladac te gorskie marzenia na tzw. „pozniej”. Ciesze sie, ze trafilem na ten artykul tym bardziej, ze jutro o swicie opuszczam miejska strefe komfortu raptem na kilka dni (mtb) i takiej iskierki chyba wlasnie poszukiwalem…

  • Witajcie. Długie dystanse pokonuje dość często. mój jak rekord jak na razie to 75 km ciągłego marszu. Ja skupiam się na myślach. Jest wreszcie czas na przemyślenia na rozwiązywanie problemów. Często w marszu towarzyszy mi Żona i to ona jest moim napędem i to Ona dodaje mi sił jak już jest etap zwątpienia. małe cele tez są bardzo dobre. Ja obieram sobie znajomy kawałek drogi. np 10 km i to jest mój cel. jak już tam dojdę to wyznaczam następny. Nagrody tak jak pisał autor to napędza chyba najlepiej. Ja zawsze sobie mówię jak dojdę tu czy tu to w nagrodę zjem swojego ulubionego batonika albo zrobię kilka chwil przerwy to naprawdę pomaga. Pozdrawiam i do zobaczenia na szlaku.

  • Łazęga pisze:

    Właśnie wróciłem z 70-dniowej wyprawy przez Europę z Sopotu do Nimes, częściowo szlakiem świętego Jakuba (a częściowo nie). Szedłem przez Kostrzyn, Lipsk, Via Regni, Trewir, Metz, Dijon, Cluny, Lyon, Awinion, czyli z grubsza jakieś 2200-2300 km.
    Chciałem Ci podziękować, Łukaszu, bo byłeś dla mnie inspiracją podczas mojej włóczęgi. Pozdrawiam
    Michał

  • Marcin pisze:

    A ja w tym roku planuje setkę, na endomondo jestem z przodu, ale czy sto się uda 😉

Leave a Reply