Cały czas nie czuję się gotowy, ale sztuka podróżowania nie polega na tym, by być przygotowanym na wszystko. Polega również, a może głównie, na tym by spodziewać się niespodziewanego, by umieć przetrwać w sytuacji której się nie oczekiwało.

„Najważniejsze w życiu to mieć odwagę porwać się na coś, na co nie jesteśmy gotowi. Nauczycie się robić rzeczy, o których nawet nie myśleliście, że moglibyście umieć, albo poznacie swoje ograniczenia” – powtarzam sobie te słowa. 4 lata temu zaczynaliśmy nimi podróż po Azji. nawet jechaliśmy w tym samym kierunku, do Lwowa. I mimo że wracam do kraju w którym miałem okazję już być, cały czas czuję ucisk w żołądku, jakbym miał odkryć coś zupełnie nowego. W pewnym sensie tak właśnie będzie. Bez znajomości języka i bez zaplecza technicznego zamierzam wejść w miejsca o których kilka lat temu nawet bym nie pomyślał.

Zdenerwowanie bierze się też chyba z faktu, że niewiele wyszło z mojej planowanej wędrówki na lekko. Hurraoptymistycznie zakładałem wzięcie ze sobą 7-8 kg sprzętu, nie sądziłem jednak, że moje wyposażenie aż tak mnie przerośnie. Głównie dotyczy to elektroniki. Do fotografii w tej podróży postanowiłem podejść poważnie, oprócz sprzętu fotograficznego dźwigam ważące pół kilo przenośne zasilanie (tzw. powerbank), który powinien zapewnić mi niezależność w zasilaniu przez 3-4 tygodnie. Statyw do aparatu to kolejne pół kilo. Tym sposobem z 7 kg zrobiło się 14. I to bez zapasu wody! Od roku piszę na moim blogu porady związane z podróżowaniem na lekko, tymczasem teraz dźwigam całą masę sprzętu. Mam nadzieję, że jego ilość przełoży się na jakość zdjęć jakie przywiozę z tej drogi.

Pociesza mnie jednak fakt, że najtrudniejszy i najsuchszy odcinek drogi przez Zagros czeka mnie pod koniec wyprawy. Jeśli w ogóle uda mi się tam dojść będę miał wtedy 1/4 map które niosę teraz. A na razie zobaczymy. Kilka pierwszych dni tej wędrówki będzie bolesnych, potem pewnie przyzwyczaję się do bagażu i rytmu wędrówki.

Jest jednak kilka drobiazgów, z zabrania których się cieszę. Jednym z nich jest niewielki, mieszczący się w dłoni nadajnik SPOT – Satelite Personal Tracker czyli lokalizator satelitarny, pozwalający przesłać położenie użytkownika, a w razie potrzeby także sygnał S.O.S., z większości miejsc na świecie. Mój nadajnik SPOT użyczony został mi przez jednego ze sponsorów tej wyprawy, Dolnośląską Szkołę Wyższą (dziękuję!). Każdego dnia sygnał wysłany przez mnie z kolejnego miejsca będzie odbierany przez satelity i przekazywany w sieć WWW, gdzie może być śledzony.

Wędrówka z takim urządzeniem oznacza dla mnie coś kompletnie nowego. Choć cały czas pozostaję sam, moją lokalizację – a dokładniej miejsce z którego nadałem ostatni sygnał – będzie mógł sprawdzić dosłownie każdy z Was za pomocą kilku kliknięć myszką. Traktuję to jako eksperyment, być może pierwszy i ostatni tego typu na jaki się zdecyduję. Pisałem już wcześniej o rezerwie z jaką traktuję nowinki techniczne, których zadaniem jest myśleć za użytkownika. SPOT nie wyręczy mnie jednak w nawigowaniu, a jedynie przekaże innym moje położenie i upewni, że jestem cały i zdrowy. Czy nie będzie on dla mnie presją? W końcu świadomość, że twoje kroki obserwują potencjalnie setki lub tysiące osób może działać deprymująco. Projekt śledzenia i mapowania tej trasy, zaproponowany przez DSW, zaciekawił mnie jednak na tyle, że postanowiłem podjąć tę próbę. Mam nadzieję,  że z korzyścią także dla Was, gdyż opinią o tym urządzeniu będę mógł podzielić się po powrocie.

 

Join the discussion 5 komentarzy

Leave a Reply