Category

Osobiste

the-way-droga-zycia

Droga Życia

By Osobiste 6 komentarzy

Jestem po drugim seansie  i cieszę się, że znalazłem wolny wieczór, by móc obejrzeć go kolejny raz. Widziałem go wcześniej zimą, trochę w pośpiechu, chłonąc go pod wpływem fascynacji Camino de Santiago. Wtedy jeszcze w oryginale. Teraz z polskimi napisami, które, choć nie są doskonałym tłumaczeniem, pozwoliły mi zrozumieć drobiazgi, jakich wcześniej nie wyłapałem. Ten drugi raz oglądałem go też na spokojnie, skupiając się mniej na przygodach bohaterów na drodze do Santiago, ale na interakcjach między nimi i wewnętrznej przemianie jaka się w nich dzieje.

Film otrzymał polski tytuł „Droga życia”, co wydaje mi się znośnym przekładem. Polscy dystrybutorzy mają długą tradycję fatalnego tłumaczenia tytułów, próbując na siłę dopasować je do gustów publiczności. Rzadko wychodzi to im dobrze. Tym razem podobnego błędu nie popełniono, choć w moim odczuciu polskie tłumaczenie zawęża trochę wieloznaczny tytuł oryginału. „Droga” to wierne tłumaczenie hiszpańskiego słowa „Camino”, używanego na określenie Drogi Świętego Jakuba. „Droga” oznacza także wędrówkę, jaką odbywa każdy pielgrzym. „Droga” to wreszcie całe nasze życie. Każda próba tłumaczenia tytułu, odbiera oglądającemu możliwość samodzielnego szukania odpowiedzi na pytanie „czym jest Camino?”. Na szczęście to tylko detal.

the-way-droga-zycia

Czym jest „Droga życia”? Na pierwszy rzut oka to prosta historia. Tom, ponad 60-letni Amerykanin, wdowiec, wybiera się do Europy, by zabrać ciało syna, który zginął w górach, na trasie do Santiago de Compostela. Na miejscu decyduje się wyruszyć w drogę, której nie zdołał ukończyć jego syn. Dźwiga ze sobą urnę z prochami zmarłego i tak oto obaj, wyruszają na 800-kilometrową drogę do grobu Świętego Jakuba. Samotna, z początku, wędrówka przestaje nią być, gdy do Toma (w tej roli Martin Sheen) dołączy trójka innych wędrowców. Każdy z nich ma swój cel w tej pielgrzymce i każdy z nich skrywa w sobie jakiś żal, stratę lub ranę, której zaznał w przeszłości.

Jedne z najważniejszych słów w filmie wypowiada jeden z drugoplanowych bohaterów, chory na raka ksiądz: na Camino nic nie dzieje się przypadkiem. Widzimy czwórkę kompletnie niedopasowanych charakterów, z początku częstujących się złośliwościami. Głównie dotyczy to Toma, który stara się pozbyć niechcianych kompanów. Drobne wydarzenia pokazują jednak, że każde z nich posiada coś, co pozwala reszcie otworzyć się na świat. Pisarz, cierpiący na blokadę twórczą, zaczyna układać historię ojca niosącego prochy syna. Skrzywdzona przez byłego męża kobieta, zaczyna ufać ludziom, dzięki towarzyszom swojej wędrówki i dzięki przyznaniu się jednemu z nich do tragedii, której wspomnienie nosi w sercu. Przypadkowo spotkani ludzie okazują się być drogowskazami na szlaku, jak choćby hiszpański Cygan, który odzyskuje własność Toma i podpowiada mu, że cel jego wędrówki leży gdzie indziej niż mu się wydawało.

Na Camino to ludzie, a nie słupki i tabliczki, okazują się prawdziwymi drogowskazami.

Po dotarciu na miejsce, każdy z tej czwórki odnajduje coś zupełnie innego niż chciał. Albo raczej – odnajduje to, czego chciał NAPRAWDĘ, ale nie potrafił tego nazwać.

Przyznaję, że gdy zobaczyłem go po raz pierwszy, byłem trochę zawiedziony. Zbyt wiele było w „Drodze życia” przerywników, kilku ludzi maszerujących na tle zmieniających się krajobrazów. Sekwencje wędrówki były zbyt długie. Brakowało wewnętrznych zmagań bohaterów, momentów, w których widać byłoby dokonującą się w nich przemianę. Siadając do filmu oczekiwałem opowieści o poszukiwaniu siebie, nie przemieszczaniu się z miejsca na miejsce. Dlatego zabrakło mi z początku drugiego dna. Wydawało mi się, że to co najważniejsze, co dzieje się w głowie każdego pielgrzyma, zniknęło gdzieś pomiędzy scenami.

Drugi raz siadłem do filmu w Wielkanoc i tym razem odpaliłem wersję z polskimi napisami. I okazało się, że tłumaczenie, choć nie idealne, pozwoliło zrozumieć kilka szczegółów, które umknęły mi wcześniej. Baczniej obserwowałem, co dzieje się w czwórce ludzi, a nie wokół nich. I dopiero wtedy doceniłem grę dwójki, moim zdaniem najlepszych, aktorów tego filmu: Martina Sheena jako ojca i Debory Kary Unger jako wędrującej z nim Sary, kobiety po przejściach.

Trudno mi chwalić „Drogę życia”. Szykując się do swojego Camino, na pewno nie jestem obiektywny. Ktoś pozbawiony mojego entuzjazmu, pewnie surowiej oceniłby ten obraz. Mógłbym może wskazać kilka niedociągnięć i słabych momentów, w których aktorzy odtwarzający swoje postacie tracili, na krótko, autentyczność. Nie mam jednak pretensji do bycia recenzentem filmowym. „Drogę życia” obejrzałem z przyjemnością i polecam także Tobie. Jeśli wybierasz się na Camino, będzie dla Ciebie świetną inspiracją, która nie zepsuje niespodzianki, jaką jest rzeczywisty udział w drodze. Jeśli doszedłeś do Santiago, będzie miłym wspomnieniem. Nie ma tu fajerwerków i błyskawicznych zwrotów akcji, jest natomiast czas na zastanowienie się: o czym tak naprawdę marzę?

Na zakończenie dwa drobiazgi.

Pierwszy: plakat promujący film przedstawia głównego bohatera na szczycie góry, stojącego przy słupku, wyznaczającym drogę do Santiago. Niestety, takiego ujęcia w filmie nie ma, a szkoda. Jeśli, patrząc na plakat, masz nadzieję na trochę wysokogórskich kadrów, możesz się zawieść.

Drugi: gdy przestudiować obsadę filmu okaże się, że jest to niemal rodzinne przedsięwzięcie. Emilio Estevez, poza napisaniem scenariusza, wcielił się w rolę syna, którego wspomnienie ukazuje się wędrującemu Tomowi na szlaku. Filmowi ojciec i syn są nimi również w świecie realnym (prawdziwe imię Martina Sheena to Ramón Antonio Gerardo Estévez, jego ojciec pochodził z hiszpańskiej Galicji). W filmie pojawia się również siostra reżysera, grająca jako sekretarka głównego bohatera. Film zaś jest hołdem dla Galicji, regionu, w którym położone jest Santiago, z którego pochodzi cała filmowa rodzina.

czorten_przelecz_francuzow

Dzień w którym pękło niebo

By Osobiste No Comments

Tamten dzień niczym nie różnił się od innych. W biurze zjawiłem się punktualnie, zaczynając dzień od sprawdzenia skrzynki pocztowej. Nic nie przykuło mojej uwagi. Odwlekając kilka spraw które miałem tego dnia do załatwienia, rzuciłem okiem na kilka interesujących mnie stron. Na forum Klubu Wysokogórskiego, pojawił się nowy wątek zatytułowany „Piotr Morawski”. No tak, Piotrek znowu uciekł w góry wysokie i pewnie właśnie aklimatyzuje się na stokach Dhaulagiri. Kliknąłem na tytuł i ujrzałem jeden tylko wpis, którego treść pamiętam do dziś: „Pozdrawiam Cię Piotrze na wiecznej wyprawie”. Zmroziło mnie. Przez chwilę patrzyłem na niego nieruchomo, po czym, czując ukłucie w sercu, wszedłem na stronę główną. Wiadomość jaką ujrzałem nie pozostawiała wątpliwości. Piotrka już nie było.

W ciągu zaledwie dwóch godzin wiadomość o jego śmierci pojawiła się na wszystkich ważniejszych portalach. Stronę klubu przyozdobiła czarna wstążka, zaczęły pojawiać się nowe szczegóły.

Piotr opuścił Polskę pod koniec marca, by wraz ze swoim partnerem, Peterem Hamorem, udać się do bazy pod szczytem Dhaulagiri w środkowym Nepalu. Wejście na tą górę miało być aklimatyzacją przed atakiem na trudną, zachodnią ścianę Manaslu. Po nocy spędzonej w obozie pierwszym dwójka himalaistów schodziła do bazy w łatwym terenie. Wtedy właśnie most śnieżny, którym pokonywali szczelinę, pękł. Piotr, idący jako pierwszy, runął w głąb, zatrzymując się 20 metrów niżej. Zakleszczony wewnątrz szczeliny, prawdopodobnie poważnie ranny, nie był w stanie wydostać się o własnych siłach. Jego partner wezwał pomoc, podtrzymując go jednocześnie na duchu. Po godzinie przybyli na miejsce Polacy z wyprawy działającej równolegle na tej samej górze. Gdy wspólnymi siłami wyciągnęli go na powierzchnię, Piotr już nie żył.

Wielokrotnie wracam myślami do dnia w którym to wszystko się wydarzyło. Kiedy dowiedzieliśmy się, że ten, który dla wielu z nas był wzorem i inspiracją, którego uważaliśmy za najlepszego z nas, już nigdy nie wróci do bazy. Piotr, pełen optymizmu i energii, którego opowieści o najwyższych górach świata słuchało się z zapartym tchem, już nigdy nie opowie o nich ani słowa. Został w Himalajach które tak pokochał, pod szczytem góry, która go pochłonęła.

Przywołuję w pamięci ostatnią rozmowę, w czasie której dzieliliśmy się smutnymi refleksjami o niemożliwości pogodzenia życia osobistego z górami. Wyglądało na to, że Piotr rozdarty był pomiędzy tym co miał tu, w swoim domu i kraju, a tym co ciągnęło go nieustannie w góry wysokie. O tym rozdarciu wspominał podczas tamtego spotkania, na kilka miesięcy przed wyjazdem na Dhaulagiri. Gdy wreszcie zdawało się, że odnalazł „drogę środka”, zniknął na zawsze. Zginął 8 kwietnia 2009 roku w wieku 32 lat.

O czym myślał schodząc do bazy? O rodzinie czekającej na niego w odległej Warszawie? O nadchodzącej, trudnej wspinaczce na Manaslu? Drodze przez lodowiec, który właśnie pokonywał?

Co czuł gdy most śnieżny runął i niebo nagle pękło nad jego głową? Dokąd pobiegły jego myśli w tej strasznej, ostatecznej chwili? Czy walczył do końca? A może był zbyt doświadczony by wierzyć, że się uda?

Jeśli miałbym napisać kim był dla mnie Piotr, odpowiedź „znajomym z klubu” byłaby jedynie ułamkiem myśli, jakie przywoływał i wciąż przywołuje. Przede wszystkim był dla mnie żywym przykładem wykorzystanego talentu, który konsekwentnie pielęgnował. Niewiarygodne, jak wielu wyjątkowych rzeczy potrafił dokonać człowiek starszy o zaledwie 4 lata. Do dziś nie mogę uwierzyć, że w wieku w jakim obecnie jestem, Piotr miał za sobą zimowy rekord wysokości na K2, gdzie pojechał jako członek ekipy pomocniczej i gdzie okazał się jednym z najsilniejszych i najwytrwalszych, dochodząc na wysokość niemal 8000 metrów. Miał też za sobą zimowe wejście na Shishapangmę, pierwszy od kilkunastu lat ośmiotysięcznik zdobyty przez Polaka oraz kilka innych szczytów, w tym Cho Oyu, Nanga Parbat, dwa Gaszerbrumy. Był i jest dowodem na to, że konsekwentne dążenie do celu potrafi sprawić rzeczy niemożliwe. Gdyby nie fatalna szczelina, kto wie dokąd poprowadziłaby jego górska ścieżka?

U stóp Dhaulagiri, na Przełęczy Francuzów stoi czorten, z wmurowaną przez jego żonę, Olgę, tablicą pamiątkową. Dwa lata temu przyszedłem w to miejsce, by jeszcze raz wspomnieć Piotra. Pozostaje nadzieja, że tam gdzie teraz jest, zdobywa szczyty wyższe i piękniejsze niż ktokolwiek z nas potrafi sobie wyobrazić.

Ze dwie godziny wcześniej dowiedziałem się, że w szczelinie zniknął człowiek, którego znałem. Tak po prostu zniknął. Dziwne uczucie. Wyszedł przed namiot, powiedział do partnera, że zwiąże się z nim za kilka metrów, bo jest bezpiecznie. Zrobił kilka kroków i zapadł się pod nim most. Kilkadziesiąt metrów jamy nagle go pochłonęło. I tyle. Z życia, marzeń i planów. […]Czy w tym ostatnim momencie wiemy, że to jest koniec? Co nas wtedy ogarnia? Rezygnacja? Smutek? A może uśmiech?

Piotr Morawski, Listopadowe wędrówki

broad_peak

Dzisiejszy dzień może być ostatnim

By Osobiste 2 komentarze

Odkryłem, że droga Samuraja zasadza się na śmierci. (…) Aby zostać Samurajem doskonałym, trzeba przygotowywać się na śmierć rano i wieczorem, przez cały dzień nawet. Jeżeli Samuraj jest gotowy na śmierć o każdej porze, oznacza to, że osiągnął mistrzostwo na Drodze.

(Sekretna Księga Samurajów)

Śmierć. Dużo myślałem o niej przez ostatnich kilka dni. Nie takiej codziennej jednak, ale tej, która zabrała ludzi będących w samym środku swojej największej przygody życia. Każdy z nas odejdzie w taki sam sposób, a śmierć jest wydarzeniem tak ostatecznym, że nie ma sensu porównywanie ludzi i sposobu w jaki odeszli. Jednak moment, gdy odchodzi podróżnik lub wspinacz, wydaje nam się jakby tragiczniejszy. Ten kto odszedł, był właśnie o krok od spełnienia swojego marzenia. Jego śmierć wydaje nam się niesprawiedliwa, bo przecież często mógł jeszcze dokonać wielu niezwykłych, wspaniałych rzeczy.

Kinga Choszcz. Piotrek Morawski. Tomek Kowalski. I wielu innych. Wszyscy przejawiający niebanalny talent. Wszyscy oni mogliby opowiedzieć jeszcze wiele historii, pokazać jak przekracza się granice własnych możliwości. Wszyscy za młodzi aby odchodzić.

Ale śmierć dopada nas wtedy, gdy się jej najmniej spodziewamy. Spotykamy ją na naszej drodze w takim czasie i miejscu, w którym moglibyśmy przeżyć jeszcze wiele. Jesteśmy w połowie kroku, spoglądamy do góry lub w dół, by zobaczyć ile drogi jeszcze nam zostało, nasze myśli na tą krótką chwilę ulegają rozproszeniu. I właśnie wtedy następuje koniec. Gdy na moment tracimy skupienie. Gdy na krótko przenosimy się myślami w jakieś inne miejsce. Chwila w której przestajemy pamiętać o niebezpieczeństwie jest tą, w której dopada nas koniec.

Tak właśnie to następuje. Jak cięcie, nagle i niespodziewanie. I co, to już, teraz, gdy byliśmy zaledwie w połowie drogi? Kiedy spełnienie wydawało się na wyciągnięcie ręki? Gdy mieliśmy jeszcze tyle marzeń? Niestety, śmierć nie bierze pod uwagę naszych planów. Od ostatecznej chwili naszego życia nie ma odwołania ani reklamacji. Przychodzi w momencie dogodnym dla niej samej, nie dla nas.

Buntować się? Byli tacy, co buntowali się przeciw śmierci, ale bezskutecznie.

Unikać niebezpieczeństw? Czekają wszędzie, nie tylko pod wodą lub w najwyższych górach świata. Na naszej ulicy także.

Najlepszym sposobem na życie jest chyba ten, w którym w każdej chwili jesteśmy gotowi na odejście, opuszczenie naszego miejsca. I pozostawienie wszystkiego, co wydawało nam się, że posiadaliśmy. Żyć bez strachu przed nią, ale pamiętając o niej. Każdego dnia być pogodzonym ze sobą i światem. Zasypiać, myśląc o tym, że może zamykamy oczy po raz ostatni i nie czuć z tego powodu lęku. Budzić się wiedząc, że dzisiejszy dzień może być ostatnim i będąc wdzięcznym za to, co nas dziś spotka. Wychodzić w góry, wysokie lub te całkiem niskie, godząc się z możliwością, że zabiorą nas do siebie na zawsze – i nie czuć przed taką ewentualnością lęku. Może tak właśnie powinno się żyć.

Co byś zrobił mając przed sobą rok życia? A jeden dzień? Godzinę?

Pytanie from Jan Wilkiewicz on Vimeo.